Biegnie do domu, my wsiadamy do tramwaju. Dopiero w domu padamy sobie w objęcia.
— Juruś, jak to było.
— Gdybym się wrócił po tytoń, już byśmy nie żyli.
— Słuchaj, ale co z R. i co z Inką? Boję się, żeby Inka nie wygadała się. Jeżeli ją poznali, będzie źle.
Nazajutrz rano Jurek ma jechać do Grójca. Wstępujemy do F., który ma mu towarzyszyć; zabierają najmłodszego synka, tytułującego mnie ciocią, a Jurka wujem, a który ze względu na jego aryjskość i wymowę andrusa z Powiśla, jest wspaniałym alibi w pociągu. Ja zostaję u F., Jurek wyjeżdża. Siedzę z Fiukową w kuchni i wspominam rodziców, wujków. Już zabieram się do wyjścia, kiedy niespodziewanie wchodzi Jurek z jakimś jegomościem w ciemnych okularach.
— Nie pojechałeś? — dziwię się.
Jurek jest blady, usta mu drżą.
— Spotkałem kolegę.
Głos jego brzmi nieswojo.
— Pozwól na chwileczkę.