Wchodzimy do pokoju.

Młody człowiek w okularach i nieskazitelnej świeżości szarym garniturze, to agent-szmalcownik. W chwili, gdy Jurek przechodził przez kontrolę, pokazując bilet, agent podszedł i poprosił go o dowód. Fiuk z małym, idący przed Jurkiem, nie zauważyli zapewne, że go nie ma. Zaprowadził go w Aleje Ujazdowskie. Na zegarek i wieczne pióro, które Jurek mu ofiarował, nawet nie spojrzał. Dopiero, gdy doszli do wrót urzędu, na usilne prośby Jureczka zmiękł i przystąpił do targów. Jurek przy sobie pieniędzy nie miał. Wiedząc, że jestem u F., tam go sprowadził. Targi.

Siedzimy przy stoliku. Ktoś by pomyślał, że to dobrzy znajomi. Troje młodych ludzi przy święcie ucina sobie towarzyską rozmówkę. Tylko że przed jednym leży rewolwer, tylko że u dwojga pozostałych oczy wyrażają rozpacz i niepokój, tylko że ciągle powtarzają się dziwne słowa: „Nie dacie tyle, to niech was wystrzelą”.

— Ale skąd wziąć?

— A co to mnie obchodzi?

Proszę go, tłumaczę. Jurek siedzi cicho. Każdy muskuł w nim drga.

— Źle zrobiłem, że tu przyszedłem. Raz byłby koniec, po co i ciebie męczyć.

— Mówisz głupstwa.

Targi, targi o nasze życie. Godzina, dwie, trzy. W końcu oddaję 10 dolarów, czerwone korale, które dostałam od Zosi „na szczęście”, srebrną papierośnicę, podarunek Ali. Zabiera również z portmonetki Jurka mój pierwszy czy ostatni mleczny ząb, który mamusia zostawiła sobie na pamiątkę, a Jurek dawno jeszcze temu wycyganił od niej. Od tej chwili nosił go przy sobie i twierdził, że mu przynosi szczęście. Przebyło z nim moje zębisko wojnę, niewolę i getto, a teraz agent, oglądając go w ręku, włożył sobie do kieszonki.

— Po co to panu? — pyta Jurek. — Przecież to dziecinny ząb.