Zastanawiamy się, kto mógł na nas nasłać. Może Inka wygadała się przed Niemcem, ona wiedziała, że masz rano jechać do Grójca. Ach, nie, Inka nie powiedziałaby. Może ktoś z dawnych znajomych poznał cię w ogonku?
Fiukowa jest tak przerażona, że my musimy jeszcze ją uspakajać. Nazajutrz jedziemy do Grójca. Jedziemy razem.
— Ja ciebie samego nie puszczę.
Fiuk na nasz widok nie posiada się z radości.
— Jak to dobrze, ja się tak o ciebie martwiłem. Co się stało?
Opowiadamy naprędce zmyśloną bajeczkę. W ogonku jakiś złodziejaszek ukradł Jurkowi papierośnicę.
— Puściłem się za nim w pogoń, ale gdy go złapałem i oddałem w ręce policji, papierośnicy przy nim nie znaleziono. Pomyliłem się widocznie, to nie był ten, który mnie okradł. Tymczasem zrobiło się późno i musiałem zrezygnować z przejazdu do Grójca.
— Ach, jaka szkoda papierośnicy!
Wierzą w bajkę, prawdziwa bajeczka dla naiwnych o policji granatowej, do której zwraca się poszkodowany, a która ma szukać złoczyńcy i dbać o porządek, walczyć z grabieżą i złodziejstwem. Fiuk tego samego dnia wyjeżdża — my zostajemy jeszcze dwa dni.
Państwo O. zatrzymują nas, oboje są bardzo mili. Pan O. jeździ z Jurkiem po okolicy, szukając dlań pracy. Mieszkają w niedużym, czteropokojowym drewnianym domku. Dwa pokoje wynajmują. W pozostałych mieszkają sami z trojgiem dzieci, babką i służącą, młodą dziewczyną. Ziemi mają niedużo, za to ładny sad, który daje niemały grosz, poza tym pan O., były przedsiębiorca budowlany, zapewne ma jeszcze dawniejsze zasoby. Oboje są mili i serdeczni. Zostaję z panią O. i dziećmi. Pani O. oczekuje czwartego potomka i skarży się na ogrom pracy.