— Jak to trudno żyć, kiedy tyle dzieci. Człowiek uwiązany, ani się ubrać, ani gdzie pobawić... — Wzdycha.

Patrzę na tę młodą jeszcze kobietę i chciałabym wołać:

— Jak śmiesz narzekać! Masz dom, dzieci, masz męża o którego nie drżysz, że lada chwila możesz go stracić, że mogą ci go zabrać. Tuż obok mieszkają twoi rodzice, oto przysłali ci w koszyczku butelkę soku malinowego, bo kaszlesz, a sok z malin to dobre lekarstwo na przeziębienie. Butelka owinięta troskliwymi rękoma. I dla mnie kiedyś troskliwe ręce pakowały paczki, paczuszki, a teraz... gdzie są moi?... Ględzisz i narzekasz. Masz swój dom i wiesz, że twój dorobek, twoje mienie jest i będzie twoje, że nikt ci go nie zabierze, będziesz mieć je dla siebie, dla swoich dzieci, które przytulają się do ciebie, całują cię. Dlaczego ty możesz mieć dzieci, a mnie ich mieć nie wolno, czym ty sobie na to zasłużyłaś, a czym ja zawiniłam?

Po dwóch dniach wracamy do Warszawy. W kilku miejscach nawiązali kontakt, omówili pracę. Jedna posada będzie na pewno wakować pod koniec miesiąca. W wielkim sadzie trzeba zorganizować zbiory i mieć pieczę nad nimi. Jest to przecież praca sezonowa na kilka miesięcy, ale do tego czasu może się wojna skończyć, a jeżeli będzie trwała, to zaszyjemy się, poznamy okolicę i znów jakaś posada może wakować.

Wyjeżdżamy bardzo zadowoleni. Posada jest bardzo mało płatna, mieszkania dla nas nie ma, ale to wszystko nie jest ważne. Spokój, kartofle i byle jaki dach nad głową. Więcej nic. W Warszawie, w której nie możemy się więcej pokazywać, mamy jeszcze przetrwać około miesiąca. Znów zaczyna się męka. Marysia i jej geometra coraz bardziej mierzą nas wzrokiem, który najmniej spostrzegawczemu człowiekowi wydałby się nieprzychylnym, stale dopytują się, kiedy wyjeżdżamy, wreszcie jasno oświadczają, że bez meldowania boją się nas trzymać. W ogóle nasze tajemnicze codzienne wędrówki, to, że nie pracujemy, setki drobiazgów, które przy współżyciu z ludźmi w jednym mieszkaniu mogą się wydawać dziwne i podejrzane. Tak, stąd trzeba wyprowadzić się, ale dokąd.

Jesteśmy już prawie zupełnie bez pieniędzy, F. ofiaruje się sprzedać palto Jurka, ja znów sprzedaję Marysi znajomej moje zimowe palto. Czekamy teraz na pieniądze. Planujemy przede wszystkim najeść się do syta, poza tym mając trochę gotówki, wynająć chociażby z gazety mieszkanie na dwa do trzech tygodni, taki czas można zwlekać z zameldowaniem się, a potem wyjedziemy na wieś. Nasza sytuacja, choć jesteśmy bez pieniędzy i bez dachu, wydaje się lepsza od położenia teściowej i Zosi. My mamy choć nadzieję, obiecaną pracę w sadzie, a może i z Krakowa odpiszą. Czy rzeczywiście może się zdarzyć, że pojedziemy do tego raju?

Teściowa i Zosia, straciwszy znowu mieszkanie, wróciły znów do Rakowskich. „Hotel żydowski”, jak go nazywaliśmy.

Znowu poszukiwania nowego locum.

Pani R. znajduje maleńki pokoiczek samodzielny. Wydaje się, że jest to wspaniałe schronienie. Trzeba załatwić z góry za kilka miesięcy i nic więcej.

Po dwóch dniach przychodzi paniusia — sąsiadka w odwiedziny. Siedzi bitych kilka godzin, a potem idzie do gospodarza wraz z drugą, jako delegatki, że te dwie panie to Żydówki. „Jeżeli natychmiast się nie usuną, to damy znać na posterunek, bo to niebezpieczne żyć z Żydami”.