Pewnego dnia Zosia postanowiła sama go odwiedzić.

— Te listy nie pomagają, może ja coś osobiście wyproszę.

Miała jechać jak zwykle w asyście Inki, ale Inka-adiutant jakoś nie mogła się wybrać. Spanie do dwunastej, pierwszej, a potem, zanim się wygramoliła, było późno i F. zamykał biuro. Więc Zosia postanowiła sama jechać. Po drodze zauważyła, że jakaś kobieta mocno ją obserwuje. Wychodzi z tramwaju, baba za nią. Wsiada do drugiego tramwaju, znowu to samo. Zosia stanęła na pomoście i w pewnej chwili na pustej ulicy w pełnym biegu wyskoczyła, upadła wprawdzie, ale za to zmyliła ślad szpiegom. Już nie idąc do F., wróciła do domu — czuła się niedobrze — w nocy dostała silnego krwotoku. W dzień zawiadomiono Rakowską. Musiało być oberwanie wnętrzności, bo krwotok trwał nieprzerwanie, a bóle były tak silne, że biedaczka po prostu gryzła sobie ręce. Zawezwać lekarza było niebezpiecznie, bo nie wiadomo, na kogo się popadnie, a każdy zrozumie, że to coś nie w porządku, bo Zosia nie nadawała się do domu Pałkowego.

W końcu R. przypomniała sobie jakiegoś zaufanego lekarza, kolegę jej śp. męża, ale za to gospodarz postawił swoje veto.

— Nie i nie. Ja tu nie chcę żadnych dochtorów, po jaką cholerę. Chora bo i chora. Umierać przecież każdemu trzeba i tak dochtory nie pomogą — zaopiniował — bo kobieta do śmierci, a nie do życia podobna. Ja się już na tym znam — dodał.

Widocznie oprawianie kotów i psów nauczyło go nieco anatomii i nauki o organizmie ludzkim. Nawet podsuwany wypadek śmierci i związane z tym nieprzyjemności nie przestraszały Pałki.

— Ja się trupów nie boję. Ja wiem, co w takim wypadku zrobić. Ja tam dochtorów nie wpuszczę.

Praca w fabryce

Wejść nie wejść — pójdę. Wielki, ciemny przedsionek. Na jednym z licznych drzwi napis: „Biuro”. Podchodzę do urzędniczki.

— Chciałabym pracować.