— Jakie kwalifikacje? — pyta mnie panienka zza biurka.
— Umiem szyć na maszynie.
— Proszę podać dane o sobie.
Wyjmuję kennkartę, podaję zmyślony adres. Prowadzą mnie do wielkiej sali, w której kilkaset robotnic szyje na elektrycznych maszynach. Warkot motoru, szum. Sadzają mnie przy jednej z maszyn.
Mam na próbę uszyć, z już skrojonego materiału, fartuch. Niewprawnymi rękoma kieruję maszyną. Uszyć go szybko i ładnie, a wtedy będę mogła tu pracować, dostanę legitymację i produkty dodatkowe. Zaświadczenie takiej fabryki zabezpieczy mnie przed łapankami ulicznymi i w ogóle każdy dokument w naszej sytuacji jest pożądany. Nitki, jak na złość, rwą mi się. Głowa boli. Kołnierzyk przyszyłam krzywo, trzeba go spruć. Moja sąsiadka z prawej strony odłożyła już na bok dwa fartuchy, a ja jeszcze z pierwszym nie mogę się uporać.
W południe dzwonek na obiad. Dostajemy zupę i po 8 dkg chleba. Chleb chowam ukradkiem na później. Słyszę, jak robotnice grymaszą, nie smakuje im zupa, rozpakowują swoje domowe śniadanie. Pracuje się tu na akord, 3 zł od fartucha, można uszyć przeciętnie 10 fartuchów dziennie co stanowi 30 zł. Byłaby to suma wymarzona. Gdybyśmy mieli z Jurkiem 50 zł dziennie, to moglibyśmy mieć chleb, kartofle i mieszkanie u naszej Kosińskiej. Wystarczyłoby nam jeszcze na mydło. A jeżeli przypadłoby coś od Aliny, to kupiłabym cukru i tłuszczu.
Pierwszego dnia szyję tylko trzy fartuchy i to nie bardzo dokładnie. Magazynierka pociesza mnie, że zawsze z początku idzie ciężko. Tak, ale dziewięć złotych, jak wyżyć? Kupuję za te pieniądze bilet tramwajowy i nieco drzewa — na rozpałkę. W domu rozpalam szybko ogień i obieram kartofle. Przychodzi Jurek i bez siły wali się na łóżko. Nie wypominam mu, że jest brudny i że kładzie się w ubraniu. Mój biedny chłopak leży z zamkniętymi oczyma i bardziej jest podobny do trupa niż do żywego człowieka. Twarz woskowa, rysy wydłużone, usta spalone gorączką. Głaszczę ręką jego wilgotne czoło.
— Boli — krzywi się i podnosi dłonie.
Z dnia na dzień puchną one coraz bardziej od żaru żelaza i ognia, skóra złazi. Tworzą się pęknięcia, które niezagojone, zmieniają się w ropiejące rany. Stoję bezradna. Powinien się wyleczyć, ale w jaki sposób, jeżeli nie wolno mu opuścić pracy z trzech powodów. Człowiek siedzący w domu bez pracy zwraca na siebie uwagę, mogą być niezadowoleni z jego nieobecności, musimy mieć jego grosze na chleb. Wydaje mi się, że jesteśmy w kieracie, z którego nie umiemy się wyrwać. Los zepchnął nas do roli najbiedniejszych robotników, prawie nędzarzy, głodujących, a do tego gonionych, tropionych, oczekujących śmierci. Czasem myślałam o tym, jakby to inaczej żyć, jakby zrzucić nasze ciężkie, zamęczające nas jarzmo i być kimś innym, zagrać drugą rolę. Ale od rana znów szłam do fabryki i znów szyłam, aby potem otrzymać w kantorze liche, ale jakże drogie grosze. Z przystanku tramwajowego zwykle biegłam do domu, aby jak najprędzej przyszykować Jurkowi coś do zjedzenia.
— Czy męczy cię twoja praca? — pytał.