— Nie — odpowiadam — wcale dobra.

Cóż, czy miałam mu się skarżyć na bóle w krzyżu, mdlenie rąk, na to, że krew uderza mi do głowy. Czy te wszystkie niedomogi mogą się porównać z jego męką? Moja praca była przynajmniej czysta.

Pewnego dnia czekałam dość długo na tramwaj, deszcz mżył, byłam niespokojna.

W końcu nadjechała upragniona siedemnastka, wpakowałam się do zabłoconego wagonu i czuję, jak ktoś mnie bierze pod rękę. Oglądam się. Młody człowiek o wyglądzie apasza. Czapka na bakier, pomięte ubranie. Szarpnęłam się i wpycham się do wagonu. Kilka osób przypatruje się nam. Krew uderza mi do głowy. Nie mam pieniędzy przy sobie. Czy oddać mu te ostatnie 10 dolarów, które właściwie przeznaczone są dla Jurka? Czy tak bez końca będą nas szantażować? A może, myślę, przyznać się? Może wmówić mu, że się omylił? A więc jednak wygląd mój rzuca się w oczy, poznają mnie.

W końcu postanawiam wysiąść z tramwaju. Co będzie, to będzie. Nie mam rady, przecież szmalcownik nie odstąpi ode mnie. Na ulicy przystępuje i bez ceremonii bierze mnie za rękę.

— No, chcesz załatwić, czy pójdziemy na policję?

— Co załatwić? — próbuję nie rozumieć.

— Nie bawmy się w ciuciubabkę. Wiem, kim jesteś.

Wymienia mi moje imię i mój przedwojenny adres. Tak, nie ma sensu wymigiwać się, nasłany wpadunek.

— Nie mam pieniędzy — mówię mu.