— Zrewiduję cię.

Wchodzimy do bramy jakiegoś wpół rozwalonego domu. Otwiera mi torbę ze świńskiej skóry, którą w pierwszym roku wojny dostałam w rocznicę ślubu od teściów. Ale nic w niej nie ma wartościowego. W portmonetce zaledwie kilkanaście złotych.

— Czego masz takie pokłute palce? — pyta.

— Od szycia, przecież mówiłam, że nie mam pieniędzy i muszę pracować.

— Kto tam zna wasze żydowskie kombinacje. Ta torba też warta parę złotych — mówi i zabiera mi ją, potem zdejmuje mi obrączkę z palca.

Rozpłakałam się. Jurek swoją sprzedał, teraz i moja pójdzie.

— Poczekaj — mówi apasz — tylko nie ruszaj się z miejsca, bo dostaniesz!

Zostawia mnie na klatce schodowej, a sam wybiega. Łkam z rozpaczy, sama nie wiem, czy zostać, czy wyjść. Nie mogę, nie wiem czemu, uspokoić się i zebrać myśli. Pewnie poszedł po policję.

Po kilkunastu minutach wraca.

— Masz — oddaje mi z powrotem obrączkę. — Ja taki najgorszy nie jestem, w ogóle żal mi ciebie. Wiesz co, powiedz mi, gdzie mieszkają bogaci Żydzi. Mam dwóch znajomych, morowych SS-manów, jeszcze dwóch tajnych facetów z Alej Jerozolimskich, będziemy mieć wszyscy forsy jak lodu.