Patrzę na niego przerażona.

— Ja nikogo nie znam.

— Ejże, ejże, mała, pomyśl tylko nad tym. Są przecież tacy, którzy siedzą na dolarach i złocie, a ty się tak męczysz, przecież my tylko pieniądze zabierzemy, a tych ludzi zostawimy.

Ach, żeby go palnąć w tę bezczelną mordę. Zaciskam usta.

— Nie znam nikogo.

— Tym gorzej dla ciebie — uspokaja mnie i głos jego przybiera zgoła odmienny ton. Milczę.

— No, chodźmy.

Znów bierze mnie pod rękę. Idę ze spuszczoną głową.

— Słuchaj, ja mam cię w ręku, puszczę cię teraz. Dziś jest środa. W niedzielę, powiedzmy o piątej po południu będziesz stała na rogu Marszałkowskiej i Złotej. Przyniesiesz mi adresy, o których ci mówiłem. Jeżeli nie przyjdziesz, no to koniec z tobą, zrozumiano?

Wydaje mi się, że słowom jego można wierzyć. Odwrócił się na pięcie i odchodzi. Teraz dopiero zauważyłam, że torby nie ma przy sobie, musiał ją oddać komuś, gdy mnie zostawił na klatce schodowej.