Gdy wracam do domu, jest już późno. Jurek musi się o mnie niepokoić, myślę.

Ale Jurka w domu nie ma.

Oszalała z przerażenia biegnę do fabryki. Wyszedł już dawno. Biegnę z powrotem, gryzę palce z rozpaczy. Więc już koniec. Co się z nim stało? Przed domem stoi Żółw-Kosińska.

— Mąż przyszedł — woła — a pani lata, obiadu nie przygotuje, ach, te młode żony!

Szczęśliwa, obcałowuję jej żółwie policzki i skaczę po trzy schodki. Wpadam do mieszkania, rzucam się Jurkowi na szyję.

— Wariatko, opanuj się — prosi mój mąż.

— Czemu tak późno przyszedłeś?

— U jednego z kolegów było zebranie samopomocy. Wybrano mnie na członka zarządu. To wszystko, dziecko, trwało. Nie wolno ci jednak tak się zachowywać. Jak to źle, że poszłaś do fabryki. Kosińska zauważyła twój niepokój. To wszystko może wzbudzić podejrzenie. Fabryka jest tak blisko, że nic po drodze nie może mi się stać.

Opowiedziałam mu o moim przejściu i zachodzimy w głowę, kto mógł wkopać.

— Może Ziutek, Jureczku?