— Ach nie, czy ty myślisz, że Ziutek jest takim bożym światowidem, o wszystkim wie i wszystko widzi?

— No więc kto? Cóż robić?

— Ucieknijmy, wyjedźmy — proszę.

Ale Jurek nie chce o tym słyszeć.

— Dokąd? Za jakie pieniądze? Musimy tu zostać. Może listy z Tunelu nadejdą.

— Jedź do Grójca, przecież masz tam pracę w sadzie.

— Może jednak lepiej tu zostać. Ja się boję wsi, w mieście zawsze łatwiej zatrzymać się. Może i ty, i ja przyzwyczaimy się do pracy, będziemy nieco więcej zarabiać, jakoś wyżyjemy.

— A co będzie z meldowaniem? Przecież dozorca stale mnie pyta o meldunki. I tak źle, i tak niedobrze.

Jesteśmy zabłąkani w labiryncie bez wyjścia.

Ściemnia się. Siedzimy przy sobie; nie zapalam światła, bo szkoda świecy. Z podwórka dochodzą głosy lokatorów, śmiechy, ktoś nastawił patefon, płynie stara piosenka: Ta ostatnia niedziela23. Wzdrygam się. Ostatnim dniem może być dla nas każdy. Za oknem złowrogi świat, tam ludzie znają się, pomagają sobie, żyją w przyjaźni albo w niezgodzie, ale są razem, tworzą społeczeństwo, a my tu za oknem w maleńkim pokoiku wdowy Kosińskiej jesteśmy sami, sami jedni. Zapalam świecę. Błysnęło miłe, drgające światełko, oświetliło nędzne sprzęty — stół przykryty papierem, talerz z kartoflami — bieda.