Jurek kładzie się spać, ja się jeszcze myję. Jest to jedyna przyjemność, która przypomina dobre czasy, stare przyzwyczajenia. Wydaje mi się, że to jedno odgradza mnie przed zupełnym opuszczeniem rąk, przed całkowitym poddaniem się, przed abnegacją. Przy myciu nasuwają mi się zawsze lepsze myśli. Już umyta kładę się przy śpiącym Jurku, obejmuję jego drogą głowę i szepczę: niech ci się, kochanie, coś dobrego przyśni. Może i my kiedyś będziemy prawdziwymi ludźmi.
*
Od rana znów jarzmo, znów męka... Myślę czasem o tym, że szczęśliwi są ludzie, którzy po wyroku siedzą w więzieniu. Jeżeli nawet mają do odsiedzenia kilka lat, to w każdym razie nie krąży nad nimi stale śmierć. Mają dach nad głową i wprawdzie głodową, ale codzienną rację żywnościową. Tak, aby się tam dostać, trzeba było by być oszustem, złodziejem, mordercą. Pozostali „przestępcy” są przez Hitlera inaczej karani. Ach, czemuż jestem Żydem, a nie bandytą?
W niedzielę rano jedziemy na Sadybę. Radzimy się z panią Z., Zosią i matką. Wszyscy decydują „in gremio”24, że nie powinnam się spotkać z apaszem. Gdy wieczorem jedziemy do domu, dostajemy od pani R. ogromny, piękny bukiet jaśminu. Jak pięknie pachnie. Gdy stawiam go na stole w słoiku w naszej ciupce, cały pokoiczek pachnie ogrodem, zielenią i latem.
— Jureczku, jedźmy na wieś.
— Napiszę jutro do O. i jeszcze raz do Tunelu.
Nazajutrz w fabryce igła przebiła mi palec i to tak fatalnie, że lekarz fabryczny po opatrunku oświadczył, że przez pewien czas nie będę mogła pracować, a może chwilowo stracę nawet władzę w palcu.
W fabryce, jako nowa robotnica, nie dostaję żadnego odszkodowania. Utrata pracy jest dla nas prawdziwą klęską. Palec boli niemiłosiernie. W nocy dostaję gorączki, nie mogę poruszać ręką, wyję z bólu. Na lekarza nie mamy pieniędzy. Nazajutrz rano, kiedy ból zmniejszył się nieco, jadę do Kuleszowej prosić o pieniądze. Wyjmuje 100 zł, jakby dawała jałmużnę. Łzy cisną mi się do oczu, w gardle dławi. Jak chętnie odepchnęłabym jej ofiarną dłoń, ale... nie mam ani grosza. Gdy Jurek przyjdzie wieczorem głodny z fabryki nie będę miała co mu dać jeść. Biorę i tłumaczę sobie, że przecież ona jest moją dłużniczką, a nie ja jej. Pieniądze za meble stale obiecuje zwrócić w niedługim czasie, ale niedługo to pojęcie względne. Rok, dwa, trzy w porównaniu z wiekami, to termin niedługi, ale z czym porównać dzień głodu? Jurek jest w fabryce, kręcę się w pokoiku na Chmielnej jak w klatce, do okna nie podchodzę, bo to niewskazane. Łóżko, stół, szafa. „Jak tu nędznie”, myślę. Przestawiam łóżko we wszystkich możliwych kierunkach, mokrą ściereczką wycieram stół, ale to wcale nie pomaga i w żaden sposób nie chce być przytulniej. Obtłuczone garnki i dwa popękane talerze również nie sprawiają korzystnego wrażenia.
Z żalem myślę, że tych pogardzanych biednych naczyń też nie ma czym zapełnić. Madame Kosińska przychodzi na pogawędkę. Durzy mi głowę meldunkiem i opowiadaniami o swej młodości, jedno i drugie jest zupełnie nieistotne. Tak jak jej młodość nie wróci, tak i my tu nigdy się nie zameldujemy. Około szóstej oczekuję z niecierpliwością Jurka, przysłuchuję się krokom na schodach. W końcu, gdy wchodzi, lekko pochylając się przy przejściu przez niskie drzwi i kiedy mogę znaleźć się w jego ramionach, myślę: „jak to dobrze, że wrócił”.
We wtorek rano, gdy Jurek wychodził jak zwykle do fabryki, stanęłam w oknie. Mignęła mi jego głowa, brązowa marynarka, pomyślałam sobie: „ja chyba ostatni raz go widzę”.