Pojechałam tego dnia na Sadybę, zastałam tam chorą Zosię. Rakowska zabrała ją od Pałki, by ją lekarz zbadał. Gdy tak patrzyłam na nią, półżywą, leżącą w łóżku w bólach, pomyślałam sobie, że ta moralnie i fizycznie zgnębiona istota jakże niedawno była pełną życia, ładną, silną, wesołą kobietą, dobrym lekarzem, miłym kompanem. Pomyślałam również, jak Jurek, teściowa i ja już mało przypominamy nas samych z tamtych czasów. Wykańczamy się w tempie przyśpieszonym. Wracając do domu, znów długo czekałam na tramwaj przy przesiadce.

Ach, jak ja nie lubię czekać na tramwaje! Zawsze się coś przy tym zdarzy. Przyszło mi na myśl, że w zeszłym tygodniu był deszcz i dzisiaj deszcz pada i wtedy też późno wracałam.

W domu Jurka nie ma. Odgrzewam zupę. Drzewo mokre, jak na złość, nie chce się palić. Palec znów boli. Czy jeszcze długo można się tak męczyć? Przypomina mi się powiedzonko Jurka: „Zło nie ma granic i nie ma takiej sytuacji, żeby nie mogło być gorzej”.

Godziny mijają. Gdzie Jurek, czy znów zebranie?

Telefonuję do fabryki, ale jego już tam nie ma. Wyszedł już dwie godziny temu. Co robić? Kładę się na łóżku i myślę: usnę, a o godzinie dziewiątej już na pewno Jurek będzie — przecież musi przyjść przed godziną policyjną. Ale sen nie przychodzi, kręcę się na łóżku. Boję się. Okrutne myśli przychodzą mi do głowy: „Mamuś, tato, gdzie wy, czemu was nie ma, Jureczku mój, czujesz, jak o tobie myślę, jak się o ciebie lękam?”

W pewnej chwili wyskoczyłam z łóżka i jakby na rozkaz podeszłam do „zakazanego okna”.

Wojna w getcie

Więc będzie już koniec. Tak, spójrz na zaśmiecone ulice, na bezład, jesteśmy ostatecznie skazani. Pilnie strzeżeni, ale przecież już widać, że koniec nastąpił. Tak, teraz już nie damy się oszukać, teraz już nie damy się wziąć na lep. Dwa jajka na osobę i 5 dkg. cukierków, które nam dodatkowo przyznano na karty. „Będziecie żyć i pracować” powiedział nam Niemiec, to znaczy, będziecie się męczyć i konać. Zrozumieliśmy się. Nie łudzimy się już. Na co ludzie pouciekali na drugą stronę, a przecież nie wszyscy mieli tę możliwość. Część wróciła — tam ich też zamęczą, lepiej umierać ze swoimi. Jesteśmy skazani, ale szykujemy się.

Co dzień placówkarze przynoszą ze sobą bochenki chleba, w których znajdują się granaty, rewolwery. Co dzień przez podkopy dostarczają nam broni, co dzień powstają nowe bunkry.

Bunkry. Czy wiecie coś o bunkrach w getcie! My mamy domy pod ziemią. Gromadzi się tam broń i żywność. Założono pompy, które dostarczają powietrza, mamy tam radio i telefony. Naturalnie, wszystko to zakonspirowane, robione w ciężkich warunkach, w krwawym pocie. Mamy swój sztab, swoje plany, swoje organizacje. A pieniądze — co to pieniądze? Wpływają albo dobrowolnie, albo pod przymusem. My dobrze wiemy, kto ma forsę. Kierownicy placówek, piekarze, właściciele szopów.