Giń! Za moją matkę, za ojca, za moje dzieci, za nasze życie! Mierzę do ciebie! O, Boże, daj, aby strzał był celny!
Możemy zginąć, jesteśmy przecież na to przygotowani, dla nas życie nie ma już ceny, ale miało ją, miało dla naszych najbliższych, miało dla całego naszego społeczeństwa, jakież to szczęście nad szczęściami, że mogę je oddać za cenę twego życia, Niemcze! Nauczyłeś mnie być krwiożerczym, nauczyłeś mnie okrucieństwa. Tak, kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Pomnij, twoje okrucieństwo obróci się przeciw tobie samemu. I my już umiemy strzelać do ciebie i wbijać ci nóż w serce, i zwyczajnym tasakiem kuchennym obcinać ci głowę i butelką benzyny podpalać twój tank i ciebie spalać. Umiemy wszystko. Może jeszcze nie próbowaliśmy strzelać do bezbronnych z tyłu, ale nauczyliście nas przecież. Nauczyliście nas już patrzeć na trupy i na krew, i na wytryśnięte mózgi. To dla was powszedni widok. Nauczaliście nas śmiać się na widok waszych mąk tak, jak wyście się śmieli na widok naszych. Może przyjdzie dzień, że nie tylko będziemy mogli bić się z wami, ale może będziemy mieli jeszcze w sobie tyle sił i okrucieństwa, aby sięgnąć po wasze dzieci, tak, jak wyście sięgali po nasze!
Dwa miesiące walki z silnym wrogiem, z coraz to nowymi oddziałami. Byliśmy bez wody i bez światła, bo nam je Niemcy odcięli, dostawa broni była bardzo niewystarczająca, wykryto jeden z przekopów dzielnicowych na Przebiegu. Była to wielka klęska, ale ani na chwilę nie ustawaliśmy w boju. Po świecie szło echo: getto warszawskie bije się już dwa miesiące, a Niemcy tracą tam bez skutku broń, tanki, ludzi, wstyd... i oto Niemcy postanawiają z nami skończyć inaczej, bo walka uczciwa, walka oko w oko, nawet taka walka ze słabszym jest jeszcze, jak dla nich, zbyt bohaterska. Po co walczyć, kiedy można nas spalić.
Spalenie getta
Straszna, straszna myśl, a jeszcze straszniejsze wykonanie. Piekło i diabli. Raz już tak było. Palące się miasto i Cezar grający na harfie. Przejmowało nas to zgrozą, ale wtedy ludzie mieli dokąd uciekać.
My byliśmy bez wody, bez możliwości opuszczenia palącego się getta. Nie mówię o jednostkach. Dom po domu, ulica po ulicy stawały w ogniu. Gore!!! Ludzie duszą się, a jeszcze walczą. Ludzie palą się, a jeszcze się bronią. Mury walą się. Niech mur mnie zawali, byleby nie dać się wziąć. Lepiej wpół uduszony wyskoczyć przez okno palącego się domu i paść martwym na chodnik, niż iść w ich ręce.
A są tacy szczęśliwcy, którzy zaopatrzyli się w cjankali, morfinę czy luminal, ci w ostatecznym momencie momentalnie zażyją truciznę. Na ulicach trupy, zwęglone trupy zwieszają z okien i balkonów. To chyba gorsze niż piekło, gorsze, niż wszystko, co ludzka fantazja może sobie wyobrazić. Jeszcze jedno dzieło Hitlera, jeszcze jedno jego bohaterstwo, jeszcze jedna zapisana karta w dziejach wymyślnych i krwawych faszystowskich mordów.
Plon żywych był mizerny — ale mimo wszystko udało się Niemcom część ludzi wywieźć i zapełnić puste miejsca w Treblince, Majdanku, Poniatowie i Trawnikach.
Getto paliło się dzień i noc, paliły się mury, a w nich ludzie, ale płomienie buchające w górę oświetlały Warszawę. Krwawa łuna na niebie, każda iskra i każdy wystrzał wołały: śmierć Niemcom!!!
Budowaliście wasze gazówki i krematoria w tajemnicy przed światem, męczyliście ludzi za murami, do których nikt z postronnych nie miał dostępu, chcieliście, aby nikt o waszych okrucieństwach nie wiedział. A teraz łunę pożaru widać na 1000 km w krąg. Dym, ogień — tego się już nie da ukryć, pali się część miasta, pali się Warszawa!