Patrzycie na języki płomieni, czujecie gryzący dym, słyszycie łoskot walących się murów? Nie dochodzą was tylko jęki konających.
Ludzie wielcy i mali! Starcy i dzieci! Wszyscy, którzy macie oczy, uszy i serca! Wszyscy, których dusze nie spaczył przeklęty faszyzm, przysięgnijcie sobie dla tych konających w męczeństwie, dla ludzkości, prawdy i Boga, przysięgnijcie, że będziecie mścicielami i że opowiecie o wszystkim waszym dzieciom i tym, którzy byli daleko!
*
A potem, kiedy pożar sam ustąpił i już tylko pojedyncze mury gorzały, chodziły zwycięskie oddziały niemieckie po gruzach, szukając bunkrów. Znajdowali w nich żywych i nieżywych. Żywych naturalnie wywożono. Szkoda im było na nich broni, na cóż mieli gazówki?
*
W jaki sposób, spytacie się, jednak pewien procent Żydów ocalał? Uciekano w biegu z pędzących pociągów, które jechały pod konwojem, gdy przy każdym wagonie stali Litwini, strzelając bez przerwy. Uciekano przez podkopy i mury, ciągle strzeżone przez SS-manów; przez kanały pełne stęchłej cieczy, czarnej jak noc, w których mogłeś kołować przez trzy dni, aby potem wpół martwy, na wpół uduszony popaść z powrotem w to samo miejsce albo wyjść na miasto, aby spotkać się oko w oko z wrogiem. Takie były możliwości ucieczki dla nielicznych. W przybliżeniu podam, że uratować się w ten sposób mógł 1% Żydów.
*
Po wszystkim. Ostatnie płomienie zgasły. Ostatnie dymy rozniósł wiatr. Na tych ruinach było getto warszawskie... Na razie nie ma do nich dostępu, bo jeszcze pilnują ich Niemcy, jeszcze szukają ludzi, jeszcze zachłystują się ze szczęścia na widok naszych spalonych kości, ale kiedyś tak będą pokazywać ich, tylko że mnie tam nie będzie.
Jesteśmy z Jankiem na Sławku, godzina późna, ciemno. Nie zapalamy światła — jasność nas razi, lepszy mrok — taki, jaki mamy w duszach.