— Żyjemy — mówi Jurek tak, jakby nie mógł sobie tego uświadomić.

— Żyjemy — odpowiadam mu, a głos mój brzmi niedowierzająco.

— Ale nie wiadomo, czy będziemy żyć — odpowiada Jurek.

— W każdym razie nie będziemy się już ani śmiać, ani płakać — odpowiadam — wszystko dobre i złe pozostawiliśmy poza sobą.

Myliłam się. Szczęście ani nieszczęście nie ma granic. Na razie czuliśmy w sobie tak straszną, okropną pustkę, że wydawało nam się, że to pół śmierć.

Teraz myślę tylko o ostatnich dniach getta, o ostatnich przejściach. Przed sobą mam ciągle dantejskie obrazy, najdroższe twarze rodziców i wujka. Nie mogę sobie wyobrazić ich martwych. Nie mogę. Dla mnie jeszcze ciągle żyją, choć przecież wiem dokładnie, że wujka znaleziono spalonego w szopie Gerlacha, a rodzice...!

Chcę myśleć tylko o tym, że moja mała, ukochana matuchna, która bała się skorupki w jajecznicy, psów, widoku broni, która dawniej dziesięć razy przed moim wyjściem z domu upominała mnie: uważaj na samochody, na tramwaje, która każde spóźnienie ojca i moje przeżywała jak katastrofę — ta sama matka pierwsza wyciągnęła rękę po granaty, ta sama matka powiedziała: „pracuj dla sprawy, lepiej zgiń od kuli, a za nic w komorze!” Wiem i o tym, że ojciec, jak prawo i szlachetnie żył, tak samo bohatersko umarł. Wiem, że nie usiedział w bunkrze, że na swych spuchniętych nogach stał, walcząc aż do końca i wiem o tym również, że mój drogi wujaszek, którego kochałam jak ojca, był jednym z przywódców ruchu.

Dziękuję ci, Opatrzności, żeś pozwoliła moim najdroższym zginąć bohatersko w walce.

Przyjazd Franka do Warszawy

Po nocy śnią mi się miłe, łagodne sny, jakby rekompensata za straszliwe przeżycia. Jestem z rodzicami, z Jurkiem, ale skoro tylko otwieram oczy, natychmiast przypominam sobie o okrutnej rzeczywistości. Więc to prawda, że Jurka nie ma, że go żandarmi zabrali!