Jak co dzień, od rana zabieram się do wędrówki po Warszawie. Szukam wytrwale jakiejś drogi, aby się czegoś o nim dowiedzieć, aby mu jakoś przyjść z pomocą. „Siedź w domu — mówi Rakowska — nic dla niego zrobić nie możesz, najwyżej sama wpadniesz w ich ręce”.
Jeżeli mu nic pomóc nie mogę, to lepiej, żebym i ja nie żyła.
Idę. Inka dzielnie z samozaparciem towarzyszy mi. Łazimy po komisariatach policji granatowej i niemieckiej SS. Ja legitymuję się odcinkiem Inki na otrzymanie kennkarty, Inka zaś jakimś swoim starym dowodem „lipowym”. Opowiadamy zmyśloną bajeczkę, o tym, jak nam brata wzięli w łapance, pytamy, czy nikogo nie przywozili ze złapanych na mieście, a następnie z głupia frant „nikogo”? A Żydów też nie? Kilku? Kogo? Skąd? Czemu się pytamy? A tak, chcemy wiedzieć, po prostu przez ciekawość. A co z nimi zrobią itd.
Trudno jest czegokolwiek dowiedzieć się w ten sposób, a nerwy często odmawiają posłuszeństwa. Chodzimy przeważnie pieszo. Nie mam cierpliwości czekać na tramwaje, a siedząc w tramwaju, wydaje mi się, że powoli idzie. Trzeba się śpieszyć, trzeba działać szybko, jak najszybciej, bo przecież mogą go lada chwila zabić.
Zabić! Czy można zdać sobie w pełni sprawę z tego słowa?
Trudno nam dziś poruszać się po mieście, bo jest wielkie święto, 16 lipca, Frank, gubernator, General Gouvernement przyjechał do Warszawy. Niezliczone oddziały żandarmerii krążą po ulicach, legitymując i aresztując „podejrzanych” osobników. Ochraniać, pilnować należy „ukochanego” przez wszystkich, popularnego naszego gubernatora. Aż strach pomyśleć, że może znajduje się ktoś w niewdzięcznym narodzie polskim, kto nastaje na jego życie, pełne poświęcenia dla Polaków. Gdyby go zabrakło, cóż by się stało z nami, któż drugi rządziłby u nas tak wspaniale, doprowadził kraj do rozkwitu, bezpieczeństwa, dobrobytu? Ach, ci nędzni Polacy..., którzy nawet nie są w stanie zrozumieć wyświadczonego im dobrodziejstwa! Trudno, więc trzeba ich brać na zakładników, trzeba trochę, troszeczkę, no powiedzmy na dziś, kilka tysięcy ludzi aresztować, porządek być musi. Ordnung muss sein.
Idziemy. Ulice zalane słońcem. Ludzie uśmiechają się, spacerują. Nic się nie zmieniło, a mój Jurek tam w katordze germańskiej.
— Strasznie wyglądasz — mówi Inka — oczy spuchnięte, twarz zapłakana, opanuj się, przecież musisz działać, a nie rozpaczać. Zresztą zwracasz na siebie uwagę, a wiesz, jak to niedobrze. Gdy ciebie wezmą, to już i jego koniec.
— Tak, Inko, masz rację. Mnie nawet rozpaczać nie wolno, będę śpiewać, ale co? Może Śmiej się pajacu25, to mi bardzo odpowiada.
Idziemy w Aleje Ujazdowskie, zmęczone, zbolałe, siadamy na ławce. Rezultat dzisiejszego dnia: nie ma go ani w SS na Klonowej, ani na Krakowskim Przedmieściu, ani w Alei Szucha 2326. Pozostaje jedno: wywieźli go z gestapo na Pawiak, albo... nie, nie, nie, nie zabili! Jeszcze nie zabili.