Siedzimy akurat naprzeciw kryminalnej policji. Cztery dni temu tu, w te wrota wprowadzali go, badali w tym ładnym, białym domu, który mógłby być szkołą albo szpitalem, a stał się kaźnią. Tu go męczyli, zanim powieźli go o kilka domów dalej, na gestapo, na nowe tortury bardziej wyrafinowane. O czym myślał? Mój biedny, ukochany chłopak.
Siedzimy bezradne. Jak strasznie, gdy nie można działać w chwili, gdy rozgrywają się losy naszych najdroższych. Walka o życie przegrana. Żeby móc kogoś znaleźć, kto ma wstęp do wszystkich urzędów!
— Słuchaj — mówi Inka — jeszcze raz pójdę do gestapo.
— Nie, nie — protestuję — ja mogę się narażać, to mój obowiązek, zresztą i tak nie mam nic do stracenia, ale ty?
Inka nie ustępuje.
— Nie wolno ci tam iść. Przede wszystkim mogą cię tam poznać z fotografii. Jurek nosił przy sobie twoje zdjęcia, poza tym legitymować się w gestapo fałszywym dowodem to pewna śmierć. Poczekasz, a ja pójdę na własny dowód, może się czegoś nowego dowiem.
— A co powiesz? — pytam.
— Powiem, że to mój narzeczony jeszcze sprzed wojny, że miałam narzeczonego Żyda.
— A jeżeli cię zatrzymają?
— To ty sprowadzisz matkę. Przecież ja zawsze mogę udowodnić swą nieocenioną aryjskość.