W końcu hotel na Długiej stał się oazą, miejscem zboru wszystkich Żydów i jeśli jeszcze na ulicy Długiej byłeś ściganym zwierzęciem, któremu w każdej chwili groziła śmierć, to już za bramą hotelu byłeś człowiekiem. Nic dziwnego, że garnęli się tam ci wszyscy, którzy uciekli z getta, a chronili się po stronie aryjskiej. Ale, żeby tam mieszkać, właściwie nie mieszkać, ale dostać kąt i pozwolenie zostania na noc, trzeba było dostać dokumenty, jako obywatel zagraniczny. Szły targi. Ludzie błagali wprost na klęczkach przedstawicieli gestapo, wystawali całymi dniami w kolejkach do tych bogów, aby się zapisać. Tak. To była jedyna ucieczka. To było wprost zbawienie.

Znalazło się jednak kilku takich, co powątpiewali w tę całą organizację. Czy to czasem nie lipa?! Jak to? Więc oficjalnie pozwalają Żydom, kryjącym się, którym grozi śmierć na każdym kroku, spacerować po hotelu? gromadzić się na podwórzu? Czy to czasem nie pułapka?

Ale większość twierdziła, że sprawa jest jasna jak słońce, nie szukajcie dziury w całym. Niemcy po prostu dla zagranicy chcą mieć taki obóz internowanych Żydów. Nie z miłosierdzia, po prostu na pokaz. „To jest możliwe, wszystko w porządku”, wołali ludzie, zagłuszając głosy powątpiewania, a wierzyli, bo chcieli w to wierzyć, bo był to ratunek, jedyny ratunek, brzytwa dla tonącego.

O hotelu usłyszałam przypadkowo i kiedy Jurka zabrano, postanowiłam tam pójść. Jeżeli są tam jacyś ludzie, którzy mają kontakt z gestapo, może oni mogą dowiedzieć się, gdzie Jurek — może mogą mi coś poradzić. Spotkałam tam nieco znajomych. Wszyscy opowiadali o swoich strasznych przejściach. Nie współczuli mi. Każdy był zajęty sobą, każdy przeszedł tyle własnych nieszczęść, że już na obce był zupełnie nieczuły. Nic dziwnego. Spotykam tam kilka osób, z którymi mniej więcej w tym samym czasie, co i mnie zabrano kogoś z aryjskiej strony. Tak samo starali się tu coś załatwić. Informują mnie, że młodych, zdrowych mężczyzn nie zabija się od razu, ale wysyła do obozów pracy. Jeżeli Jurka zostawią jeszcze w Alei Szucha albo na Pawiaku, będzie można go uratować. Na Pawiaku jest specjalna cela żydowska, gdzie trzymają ich aż do zebrania się większej partii, którą wysyłają pod konwojem do obozów. Po długich wyczekiwaniach dostaję się wreszcie do jednego z „królów”, który ma „chody” na Pawiaku i przedstawiam mu moją sprawę. Załatwia on w ten sposób zwolnienie, że zapisuje zatrzymanego na listę emigrujących, a potem już jako obcokrajowca przywozi do hotelu na Długą. Interwencja taka kosztuje 20 do 30 tysięcy złotych. W całym majątku mam zaledwie dziesiątą część, ale o tym nie myślę, jakoś to będzie, muszą mi pomóc. Wyduszę od Aliny za meble, od Fiutkowskiego, na taką sprawę muszą dać. Błagam i zaklinam go na wszystko. Zapisuje dane: proszę być tu jutro w południe, a dam pani odpowiedź. Czy możliwe, aby go zwolnił, o Boże!

Jakże długa może być noc. Będziemy w Vittel, skończy się męka. Ach, biedny Jurku, ty zapewne myślisz...

Nazajutrz skoro świt, biegnę na Długą — czekam. Mija 12:00, 1:00, 2:00 i 3:00, zbliża się wieczór, a jego nie ma. Czy bywają takie dni, że w ogóle nie przyjeżdża? Zdarza się, że jest bardzo zajęty.

Czekam i pocieszam się, że może właśnie coś dla mnie załatwi, może od razu z Jurkiem przyjedzie.

W końcu przed wieczorem zajechała maszyna. Ludzie tłoczą się, każdy ze swoją sprawą. Wreszcie dopchnęłam się. „Nie byłem na Pawiaku, nie miałem czasu”. „Proszę pana, a jeżeli go wywiozą, proszę pana, niech się pan pośpieszy, przecież mogą go wywieźć”.

Ale takich spraw, jak moja, jest dużo. Dla mnie ona jest najważniejsza, jedyna, dla niego zupełnie nieważna. Tak mijają dni. Pan K. zwleka z dnia na dzień, aż w końcu oświadcza mi, że dwa dni temu cała grupa wyjechała z Pawiaka do obozu, ale dokąd, nie wie.

Więc wszystko przepadło!