Komu mogę się poskarżyć, kogo mogę o to oskarżać?
Mogę tylko płakać, płakać bez końca. Po co żyć, co zrobić, aby jak najprędzej umrzeć.
Teraz wiem, że prośbą nic nie zdziałam, ale z miejsca trzeba było go olśnić. Gdybym miała doświadczenie i pieniądze, mogłabym nie prosić. Wszystkie kosztowności i pieniądze miały być złożone, a po przybyciu Jurka zwrócone.
Ale jest jeszcze droga do Jurka. Póki żyje, nie trzeba tracić nadziei, pocieszam się sama. Trzeba go szukać.
Z Pawiaka wysyłają na Majdanek i Treblinkę, lżejszych jakoby na Poniatów i Trawniki.
Kenig mówi mi jeszcze o obozach stosunkowo lekkich Ost Sudecie i Lipowej, ale jak się dowiedzieć, dokąd go posłano. Przede wszystkim mogli go tam rozstrzelać na Pawiaku. Kto wie? Jak sprawdzić? Mogę tylko wierzyć Kenigowi, który z całą stanowczością twierdzi jakoby sprawdzał, że wysłano go i podaje datę 23 czerwca w kierunku nieznanym. Szukaj...
Będę go szukać, bo jakiż jeszcze inny cel mam w życiu?
Przede wszystkim do Poniatowa i Trawnik idą listy nieoficjalne, ale idą, jest nawiązany kontakt. Dołączam wiec prośbę do listów pisanych do tych obozów z zapytaniem o Jurka. Co dzień chodzę na Długą, czekając na odpowiedź. Zazdroszczę wszystkim, którzy są razem. Czuję się tak strasznie samotna i opuszczona, zdana w takim strasznym momencie na samą siebie. Obie Rakowskie wprawdzie dzielnie mi towarzyszą. Inka nie opuszcza mnie ani na krok, ale ich możliwości są bardzo mizerne. Ludzie coraz bardziej garną się do hotelu, pomieszczenia są tak zapchane, że po prostu walczy się o miejsce. Wydaje się, że ludzie tam chyba śpią na stojąco. Rumor, krzyki, latanie. Niedługo transport ma odejść, a tu nie ma już miejsca. „Muszę mieć dla żony dokumenty — krzyczy ktoś — przecież sam nie pojadę, a chcą od niej takiej sumy, że po prostu, człowieku, zabij się”. „Jest wolne miejsce w mojej rodzinie na jedną starszą kobietę i kilkoro dzieci, czy są kandydatki? Nie będzie dużo kosztować!” „Och, też mi łaska! Starych i dzieci można bezpłatnie urządzić”. „Ty, Rapaport, dokąd jedziesz?” „Ja? Do Urugwaju, ale ja już nie jestem Rapaport, zapomnij, ja teraz jestem Blauszyld”. „Z jakich to Blauszyldów? Może z tych z Bielańskiej?” „A bo ja wiem — jestem Józef Blauszyld, jadę z rodziną, składającą się z przeszło kilkudziesięciu osób. Jestem ojcem, mężem może i dziadkiem, nie wiem — muszę poznać moją rodzinę”.
Takie rozmowy słyszy się dokoła. Mój stary znajomy, łodzianin, skarży się: „Raz w życiu miałem porządne aryjskie nazwisko Łęczycki, moje własne, potem zmieniłem je na aryjskiego Stanisława Majanera, potem znów na Jachimowicza, aby być teraz Rabinowiczem. Szukam sensu, ale nie mogę go znaleźć w nazwiskach, jak go nie ma w życiu, bo jakiż jest w ogóle sens w tym, że ja jeszcze żyję?” Podchwytuję ostatnie słowa. „Tak, panie Łęczycki, ja jestem tego samego zdania”. „Co też pani mówi, dziecko, taka młoda. Gdybym ja był w pani wieku!” „Cóż pan myśli, że młody mniej cierpi? Tak samo wszystkich straciłam, jak pan”. „Pani nie straciła dzieci”. „Bo ich nie miałam, ale czy można się licytować naszym nieszczęściem?”
W hotelu jest również moja szwagierka. Zostały obie z teściową z tak małymi środkami po ostatnim rabunku, że po prostu nie mają na przeżycie kilku miesięcy, całkowicie zdane na łaskę Fiutka, który tylko myśli, jakby się ich pozbyć. Poza tym obie mają semicki wygląd, nie mogą się poruszać po mieście. Powinny siedzieć w zakonspirowanym miejscu, ale skąd na to wziąć pieniądze?