Wysiadamy w Motyczu i idziemy 10 km do Lublina.
Po drodze orientuję się, że moje towarzyszki to zwykłe szantażystki. Mam swoich własnych łapaczy ze sobą. Ich zamiar jest przejrzysty. Wydostać ode mnie pieniądze, a potem spławić mnie. Jasne. Z początku działają dyplomatycznie, ale już w Lublinie znudziła im się zabawa w kotka i myszkę i zaczynają jasno występować.
Nie, nie będę opisywać setek usiłowań ucieczki, nie mogę już nawet myśleć o tych wydarzeniach i o tym, jak wieczorem na przedmieściu Kuśminka spadały na mnie ich razy.
Tak, dwie prostytutki biły mnie po twarzy.
— Daj pieniądze, Żydówo. Patrzcie, co za bezczelność jechać pod Majdanek! Ty bezczelnico, oddaj pieniądze!
— Oddam na żandarmerii, ale nie wam — krzyczę.
Czy to ja tak krzyczę?
— Tak, chodźmy na gestapo, ale wszyscy, i wy obie. Jeżeli chciałyście być wierne Niemcom, to trzeba było tam w Warszawie mnie wydać, a nie wozić aż tu. Jeżeliście tego nie zrobiły, to miałyście w tym jakiś interes. Idziemy, gdzie tu żandarmeria?!
Taki obrót sprawy nie bardzo jest na rękę moim towarzyszkom i ich pijanemu kompanowi.
— Żandarmeria to ja — bełkocze, pokazując mi czerwoną opaskę pracownika z Majdanka.