Brrr, jakie to okropne!
W końcu oddały mnie do „zlikwidowania” temu pijakowi.
...Ciemny pokój, na stole dogasa świeczka, przyglądam się, jak topnieje w oczach. Płomień drży, płomień to jej życie. Niedługo zgaśnie, tak jak i moje. Pijak Rożenek patrzy na mnie jak kot na mysz, która mu już nie ucieknie. Jest pijany, ale jeszcze nie na tyle, aby stracić zupełnie przytomność.
— No, mała — pyta się — napijesz się? U licha, napij się, to już twoja ostatnia wódka w życiu. Właściwie nie zrobili ci takiej wielkiej krzywdy, że teraz cię wezmą, przecież i tak w końcu musisz zginąć. Jak długo można się maskować — filozofuje.
— Przecież wiem, że zawsze u was nie zostanę — wyrywa mi się nieopatrznie.
Rożenek wstał, wyprostował się.
— Co, coś ty powiedziała? Kto będzie? Ty, ty... Ciebie trzeba zabić natychmiast! Nie będę czekał do rana, zaraz zawołam straż.
Domek Rożenka stał przy samym ogrodzeniu Majdanka, tak że straż ustawiona co kilka kroków, bez przerwy maszerowała obok domu.
— Po co masz wygodnie siedzieć w pokoju — (czy ta spelunka to pokój?) — lepiej niech się taką pieski pobawią, będą chociaż miały przyjemność.
SS-mani pilnują obozu wraz z olbrzymimi psami, specjalnie tresowanymi do rzucania się na ludzi. Teraz z kolei i ja wstaję.