— I dobra dla mnie?

— Tak, tak, ale wpierw musimy przecież pić, aby odzyskać humor.

Rożenek przyjmuje ten projekt z aprobatą.

— Naturalnie, naturalnie, pijemy.

Oszukuję go jak mogę. Wylewam zawartość moich kieliszków. Rożenek pije, rozwiązuje mu się język i opowiada mi przy tym o męczarniach majdankowskich, o swoich „uczciwych” zarobkach, o tym, jak cała jego rodzina przyjęła volkslistę — chociaż nic wspólnego z Niemcami nie miała.

— Ja będę Niemcom służyć — bełkoce — bo przy nich mi dobrze. Ja teraz jestem pan, co chcę, to mam, a przy Polakach pracować trzeba było. Pójdziesz, człowieku, do baraku, popijesz z SS-manami... interesik. Sprzedać, kupić, forsa jest. Teraz sezon, raz po raz przywożą Żydziaków. Na tych ostatnich, białostockich muszę fajnie zarobić!

— Pijmy, pijmy — zachęcam go, a potem biorę po łyżeczce wódki i tak, jak małemu dziecku kaszkę, pcham mu ją do ust, jedną po drugiej. Podoba mu się taka zabawa i pije jak anioł.

— No, jeszcze jedną — zachęcam — na to, żeby zarobić na Żydach białostockich, a ta, żeby druga grupa tu przyjechała, a ta, żeby order zasługi dostać, a ta...

Świeczka gaśnie. Różanek pijany w sztok wolno podnosi się z krzesła i zbliża się do mnie.

— Chodź!