Odpycham go z całej siły. Zatoczył się i upadł na niedaleko stojący tapczan, zasypiając momentalnie pijackim, ciężkim snem.
Uciekać!
Teraz może być godzina dwunasta, jest godzina policyjna, drzwi zamknięte, przed domem straż, psy! Jeżeli nawet uda mi się niepostrzeżenie wymknąć przez okno, to zatrzymają mnie na mieście.
Siadam na parapecie, potem cichutko otwieram okno. Będę tak siedzieć, gotowa każdej chwili do skoku. Cisza, tylko z Majdanka słychać gwizdy, ciche sygnały, miarowe kroki straży. Gdzieś warknął pies. Wiatr głaszcze mi rozpalone czoło. Przy jasnym świetle księżyca widzę, jak wskazówki zegara poruszają się, sekundnik szybko, szybko, a minuty jakże powoli.
Siedzę, czuła na każdy szelest. Rożenek poruszył się na łóżku, spuściłam nogi. Już!!! Nie, znów spokój.
Jakże długa, jakże strasznie długa była ta noc. Patrzyłam w niebo. Księżyc oświetlał Majdanek i dom Rożenka, spoglądał na mnie, a może i na Jurka.
Ach, Jureczku, czy tam leżąc w jednym z baraków, głodny, skatowany, myślisz o tym, że ja mogę być tak blisko ciebie i jednocześnie tak daleko?
Świta. Tapczan — grat zaskrzypiał. Rożenek budzi się.
Zeskakuję z okna i nie oglądając się, idę szybko w kierunku miasta. Zdaje mi się, że strażnik woła mnie, a może to tylko złudzenie.
Biegnę.