Na ulicach zupełnie pusto. Włażę przez parkan do jakiegoś ogródka. Siadam na kamieniu. Za ogrodzeniem czuję się pewniejsza niż na ulicy. Chłodno. Pozbyłam się ich, mych prześladowców, wyzbyłam się pieniędzy, walizki. Co dalej? Pojechałam, aby pomóc Jurkowi, tymczasem straciłam prawie wszystkie środki, część rzeczy i zmarnowałam na próżno kilka dni. A teraz muszę się sobą, a nie nim zajmować. Niedoświadczenie, głupota — jak to nazwać — czy nie zbiegiem okoliczności? Powinnam może jak najszybciej uciec stąd. Miła trójka będzie mnie szukać, a Lublin jest nieduży. Tym bardziej, że będę kręcić się w okolicy Majdanka.

Ale uparłam się, że nie wyjadę. Nic nie zdziałałam. Muszę dowiedzieć się, czy on tu jest.

Po ogródku ktoś chodzi, jakaś kobieta podchodzi do mnie.

— Co pani tu robi?

— Ja? — jąkam się. — Odpoczywam.

Patrzy na mnie badawczo i co sobie myśli; jakaś dziewczyna w jedwabnej, kwiecistej sukience i granatowym, spłowiałym żakieciku, nieuczesana (po drodze zgubiłam grzebień), na nogach sandałki, z których jeden podarł się przy zeskakiwaniu z okna i trzyma się na nodze na słowo honoru. Nie, nie wyglądam solidnie i w najbardziej dobrym człowieku nie mogę wzbudzić zaufania.

Podnoszę się z kamienia. Kobieta kiwa głową, tak jakby mówiła: „biednaś ty”, i przyglądając mi się wciąż, zaprasza mnie do mieszkania.

Wchodzę. Ogarnia mnie fala ciepła. Dom, stół, łóżka, na ścianach portrety, na stoliku haftowana serweta, na podłodze dywaniki, pod kuchnią trzaska ogień...

Dom. Jak dobrze czuć, że mówi się z człowiekiem. Podaje mi gorącą herbatę. Jestem taka głodna!!! A potem troskliwe ręce układają mnie na sofie. Przez sen czuję, jak kobieta okrywa mnie kocem. Śpię. Odsypiam nieprzespane noce i tragiczne dni.

Budzę się, gdzie jestem? Słyszę rozmowę.