— Bierzesz do domu dziewczynę z ulicy, nie wiesz, kim ona jest... — mówi męski głos.
Odpowiada mu kobiecy.
— Nieszczęśliwa dziewczynka. Trzeba jej pomóc, kimkolwiek by nie była. Głodnego nakarm — podróżnego w dom przyjmij. Czyś zapomniał o tej nauce?
Budzę się. Z rana o nic mnie prawie nie pytano, teraz będę musiała wszystko o sobie opowiedzieć. Co powiem? Muszę kłamać, a jak trudno przyjdzie kłamać tej szlachetnej kobiecie.
Opowiadam tak, aby częściowo choć pokryło się z prawdą. Zabrano mi narzeczonego w łapance i wywieziono, przyjechałam więc z Warszawy szukać go na Majdanku. Mówię, że „narzeczonego”, ponieważ moje dokumenty, to znaczy Inki, są panieńskie. Tu natrafiłam na drania, który odebrał mi rzeczy, szantażując mnie za to, że chcę nieoficjalnie skomunikować się z narzeczonym. W Warszawie mieszkam z matką i siostrą. Rakowskie. To wszystko.
Kobieta jest wzruszona.
— Jak to dobrze, że panią zatrzymałam, że też pani tak się naraża na jazdę z Warszawy tutaj bez przepustki!
„Ach, żebyś wiedziała wszystko” — myślę.
Mogę się umyć. Co za rozkosz! A potem przeprać bieliznę i sukienkę.
Kiedy rzeczy te schną przy kuchni, ja ubrana w szlafrok gospodyni, myślę: a co dalej...