Mała dziewczynka, córeczka gospodyni przychodzi do mnie, wdrapuje mi się na kolana. Przytulam ją do siebie. Dziecko rączkami obejmuje mnie i całuje.
— Zostań — mówi — u nas.
Rozpłakałam się. Kim jestem? Odwykłam już od czułości i pocałunków... Groźba śmierci nie może mi już łez z oczu wycisnąć, ale czułość... Serce jest tylko sercem, nawet najmocniejsze i najbardziej zahartowane.
Sprzedaję zegarek, aby mieć trochę pieniędzy. Teraz zaczynam szukać, mając dach nad głową i życzliwych ludzi.
Przede wszystkim dowiaduję się u robotników pracujących na Majdanku, unikam przy tym okolic Rożenka. Teraz już nie mówię, że tu chodzi o męża, ale że mi taką sprawę poruczono. Robotnicy biorą dane, przyrzekają, biorą pieniądze i zwlekają z dnia na dzień. Szukam innego sposobu. Dowiaduję się, że grupy Żydów z Majdanka chodzą na placówki do roboty. Postanawiam więc skomunikować się z nimi. Placówek takich jest kilka. Pracują na tartaku „Piaski”, na Kalinowszczyźnie, w młynie Krauzego.
Idę na Piaski. Pilnuje ich sześciu SS-manów i dwa olbrzymie psy. Podchodzę blisko.
— Halt! — wrzeszczy młody SS-man. — Czego chcesz?
Udaję głupią i mówię, że chcę o coś zapytać jednego z więźniów.
— To Żydzi, nie wolno! Czego możesz chcieć od Żydów! — wrzeszczą jego kompani. — Nie wolno!
— A ja mam interes.