— Odwykłem już — mówi — od podawania ręki, to ludzki zwyczaj, a teraz jesteśmy już tylko numerami.

Proszę go o wyszukanie męża. Waha się.

— Proszę panią, jakżeż mogę wierzyć, że pani, Żydówka przyjechała, tak narażając się? Może panią podstawili Niemcy? Za takie sprawy, o jakie mnie pani prosi, grozi nam śmierć.

Śmieszne, cały wysiłek polega na tym, aby dowieść, że nic wspólnego nie mam z Żydami, a teraz na odwrót, jak udowodnić, że jestem Żydówką?

Jakiś więzień przechodzi obok, dźwigając deski. Spoglądam nań. Łzy płyną mu z oczu.

— Pani mnie nie poznaje. Ja miałem sklepik w domu pani tatusia. Jak ja panią spotkałem! Pamiętam panią taką maleńką... Pokazuje ręką.

Przypominam sobie wielkiego, potężnego mężczyznę, siłacza, a widzę wychudłego staruszka. To on? Kiwa głową. Zrozumiał mnie. Szybko opowiadam, po co przyszłam.

— Niech pani wyjeżdża stąd, tu śmierć. Pani nic dla męża nie zrobi. Tu nie wolno przychodzić.

Ale ja napieram.

— Zróbcie to dla mnie i dowiedzcie się o nim.