W końcu sprawa przybiera taki obrót. Przyrzekają dowiedzieć się. Komando co dzień jest pilnowane przez innych SS-manów. Więźniowie starają się codziennie swoją straż przekupić, w zamian za to SS-mani pozwalają im przynosić robotnikom pracującym na tartaku jedzenie i zabierać ze sobą szmugiel. Naturalnie przy wejściu na Majdanek jest szczegółowa kontrola, a za każdą odrobinkę chleba grozi okrutna śmierć, mimo to nieco pożywienia każdy dzień przemyca się w ten sposób do obozu. W ogóle grupy „wychodzące” są to grupy szczęśliwców, ponieważ udaje im się z obozu wynieść czasem coś z ukrytej biżuterii mimo nadzwyczajnych represji. Za wynoszone i sprzedawane rzeczy kupują żywność. Obóz śmierci, a mimo wszystko jakieś odmienne życie. I ludzie tam też nie chcą się poddać, też walczą o jakąś imitację życia.
Z tartakiem Piaski zawarłam znajomość i wyrobiłam sobie passe-partout27. Zaprzyjaźniłam się z robotnikami polskimi, którzy tam pracowali i mieli kontakt z Żydami. Od nich dowiadywałam się każdego dnia, jaka jest wacha, czy przekupiona czy nie. Jeżeli przekupiona, wtedy zawsze można było ukraść kilka chwil rozmowy z kapo, który miał nieco większe przywileje od reszty więźniów. Dowiedzieć się o Jurka nie było tak łatwo.
Przede wszystkim więźniowie po całym dniu pracy w napięciu nerwowym i strachu byli tak wymęczeni, że wracając do domu, nie mieli zupełnie ani energii, ani sił do poruszania się. Rano o piątej była pobudka, potem przez kilka godzin trzeba było stać na baczność pod gołym niebem na alarmie. Sprawdzano stan obozu. Wieczorem taki sam alarm. Każdego dnia segregacje, bicie, kary, strzelania, mordowanie, kontrole, głód, śmierć.
Pewnego dnia Wasserman oświadcza mi, że znalazł Jurka. Znajomy pracujący w kartotece podał mu dane. Pracuje w ślusarni, jest na otwartym polu. Jest. Więc żyje.
— Czym się mogę panu odwdzięczyć?
— Niczym — mówi Wasserman. — Jest dla mnie wielkim szczęściem, że ja, najniższy z najniższych, najbiedniejszy z najbiedniejszych mogę komuś pomóc. Teraz taka sprawa... Z pola czwartego nigdzie na roboty na miasto nie wychodzą, mam znajomego w Arbeitsamcie28, który może go przenieść do mnie na robotę, wtedy mógłby z nami tu przychodzić i mogłaby go pani widywać.
— Ach, co za szczęście!!!
Odczytuję numer Jurka po raz setny, jego numer...
Proszę jeszcze Wassermana, aby mi jakoś pomógł, aby mu dał znać, że ja tu jestem.
Tymczasem pieniądze kończą się i muszę jechać do Warszawy. Moi gospodarze mają jakichś znajomych pracujących na Majdanku, proponują mi, aby im podać dane. Podaję naturalnie fałszywe. Jerzy Wiśniewski.