Po pewnym czasie otrzymuję wiadomość, że takiego znaleźć nie mogą. Moja gospodyni tłumaczy mi, że jeżeli go nie ma, to po co szukać dalej.
— Tam, gdzie pani chodzi, na pewno wyciągają z pani pieniądze — strofuje mnie — gdyby był, to by nasi też znaleźli.
Jadę do Warszawy po pieniądze. Znów męka. Fiutkowski znika natychmiast jak kamfora. Dla mnie każdy dzień stracony w Warszawie to rozpacz. Wreszcie dostaję nieco pieniędzy od F. i od Aliny i mogę znów jechać. Dowiaduję się przy tym, że Z. z towarzyszką jest w Warszawie, tak że w Lublinie mogę bać się tylko Rożenka. Znów podróż do Lublina. Inka odprowadza mnie na stację.
— Jeśli go zobaczysz, zadepeszuj.
— Zadepeszuję.
Teraz 10 km z Motycza do Lublina przebywam w niecałą godzinę. Szybko, szybko, żeby jeszcze zdążyć na placówkę, może oni tam są.
Tartak. Placówkarzy nie ma. Już dwa dni nie przychodzą. Rozpacz. Co się mogło stać? Tymczasem muszę szukać mieszkania, nie mogę korzystać dłużej z gościnności moich gospodarzy, których mój, według nich bezowocny, pobyt w Lublinie, dziwi. Znajduję jakąś kolejarzową, która przyjmuje do siebie podróżnych na noclegi. Jest to dość, jak dla mnie, kosztowne, a po za tym często przychodzą kontrole, czy wszyscy korzystający z noclegu są przyjezdni i czy mają przepustki. Mam wprawdzie kennkartę, wydaną w Warszawie, ale przepustki nie mam. Nie mam innego wyjścia. Muszę liczyć na szczęście i tam nocować.
Na drugi dzień skoro świt biegnę na Piaski. Z daleka już widzę pasiaki. Wacha możliwa. Rozmawiam z kapo.
Przez kilka dni nikogo nie wypuszczano, ponieważ uciekło dwoje ludzi. Przez cały czas wszyscy stali na alarmie, a SS-mani pohulali sobie niemało, siejąc strach i grozę.
Na razie nie udało się nic wymyślić. W końcu decydujemy, że kupię kawę prawdziwą, którą on z kolei wręczy urzędnikowi Arbeitsamtu.