Dostać prawdziwą kawę w 1943 roku w obcym mieście nie było łatwym zadaniem, tym bardziej, jeżeli chciałoby się dostać jak najszybciej, żeby jeszcze tego samego dnia Arbeitsamt otrzymał i zaczął działać. Dostałam kawę za sumę, która stanowiła większą część moich pieniędzy, ale jeśli to ma być droga do celu!
Przechodził dzień za dniem. Chodziłam na tartak Piaski, chodziłam polami w deszcz rano i wieczorami na młyn Krauzego, przez płoty rozmawiałam z placówkarzami, z towarem na ręku. Wieczorami podchodziłam pod oświetlony Majdanek, gdzie rysowały się jak pięć gwiazdek pięć pól i całą mocą wzroku wpatrywałam się w czwarte. Wszędzie podawałam nazwisko, błagałam o jakiś najmniejszy liścik, najmniejszy znak. Poznawałam coraz to innych ludzi, dobrych i złych i wielu z nich musiałam powierzyć to, że staram się o Żyda, narażałam się, ale to przecież było moim celem. Przyjechałam, kiedy było jeszcze ciepło, a teraz jest już zima. Źle odziana, wiecznie niepewna, zdenerwowana, ledwie mogę zapanować nad nerwami. Chcę się z tego otrząsnąć, poradzić się, ale nikogo nie mam przy sobie zaufanego. Może wszystko nieudolnie załatwiam. Wkładam maksimum energii i odwagi, ale widocznie mniej rozumu, jeżeli nic zdziałać nie mogę. Dostaję jeszcze jedną wiadomość. Oto Jurek, dowiedziawszy się, że ja się o niego pytam, odpowiedział, że to niemożliwe. Powiedział: „moja żona nie żyje”.
Rozrzewniłam się, więc nie wierzy w to, że żyję? W drobne sprawy: liścik, wiadomość, paczkę rozpływa się cała moja działalność, ale jak uzyskać zwolnienie? Wiem, że to niemożliwe, ale... Lublin coraz to obiegają wieści, że Żydów wykończą.
Pewnego dnia, kiedy starszym strażnikiem był pewien młody Jugosłowianin, a pozostali też jacyś możliwie spokojni, Wasserman mógł ze mną dłużej porozmawiać. W końcu obiecuje sprowadzić tu męża.
— Ale kiedy? — pytam. — Przecież on może tam w zamknięciu umrzeć.
— Na to już nie poradzę, ale będę się starał. Jeżeli go tu sprowadzę, to może go pani jakoś wykradnie.
Odgaduje moje myśli.
— A wie pani, za to nam wszystkim grozi śmierć. Myślę jednak nad tym, że gdybyśmy mieli pomoc z zewnątrz, moglibyśmy wszyscy zbiec. Komenda liczy do 20 osób, trzeba by tylko obmyślić szczegółowy plan, dostarczyć nam dostatecznej ilości ubrań. Wskazać jakąś tymczasową melinę. Słowem pomyśleć o tym. Pani mogłaby nam pomóc.
— Naturalnie, Boże, gdyby się to mogło stać!
Już o niczym innym nie myślę. Układam sobie plany. Rozglądam się po okolicy. Męczy mnie to w dzień i śni się po nocach. Ucieczka. Tymczasem dni za dniami mijają i zaczynam powątpiewać o możliwości sprowadzenia Jurka na placówkę.