— Ciągle nowe zarządzenia — wzdycha kapo — z jednego pola na drugie nie sposób przejść, za najdrobniejsze przekroczenia śmierć. Teraz znów panuje tyfus, gazują i zdrowych, i chorych, bo dla samych chorych nie opłaciło się używać gazu.
Jak ja to dobrze wszystko rozumiem, że każda godzina to jeszcze jeden gwóźdź do trumny. Rozumiem, że to wszystko jest niełatwe, ale zwłoka to śmierć, jak można do tego dopuścić! Szukam i szperam po Lublinie. W końcu szczebel po szczeblu, krok za krokiem, trafiam na zupełnie inny kierunek.
Jest to mała restauracyjka, której właścicielem jest pan Sienkiewicz, Ukrainiec, były sekretarz Związku Ukraińskiego, artysta-malarz. Człowiek dziwny i przyjemny, chiromanta. Człowiek kierujący się intuicją, a nie wyrachowaniem, gościny, serdeczny i dobry. Do niego to dostaję się, rekomendowana przez pewną Ukrainkę, poznaną przypadkowo w pociągu i przedstawiona przez nią jako jej kuzynka. Okoliczności są dla mnie sprzyjające. Powierzam mu moją tajemnicę. Wyszłam za mąż za Żyda. Pan Sienkiewicz uważa, że to jest tragiczne, ale mimo wszystko wcale nie jest tego zdania, co inni, że „lepiej, żeby zginąć, po co pani ma się z nim męczyć”. A wobec tego, że z całej duszy chce mi pomóc, podbija mi tym serce.
Otóż do restauracji pana Sienkiewicza przychodzą różni Niemcy, przez których można załatwić zwolnienie z obozu. Po zastanowieniu się powierzam mu tę sprawę. Przychodzi tedy pewnego dnia tłumacz wraz z kierownikiem działu dla spraw żydowskich. Obaj panowie są gładcy, grzeczni i na pewno tak samo okrutni.
Pan tłumacz rozkłada ręce.
— Pani rozumie, to jest wojna totalna. Wszystko dla celu.
Opowiadam mu o sprawie ze swojej strony, a on tłumaczy koledze. Pan Sienkiewicz wespół ze mną prosi.
— Zróbcie coś — uśmiecha się — koledzy drodzy, coś przecież można zrobić.
Pokazuję fotografię Jurka.
— Jaki ładny chłopak — podziwiają — wcale nie jak Żyd!