Milczę, co z nimi dyskutować. Wreszcie podsuwam im pomysł, który długo tkwił we mnie i dojrzał podczas jednej nieprzespanej nocy.
— Proszę was, jest tu grupa Żydów, pracujących przy SS, jest to grupa nieliczna, zaledwie kilkadziesiąt osób. Są to wybitni fachowcy szewcy, krawcy, kuśnierze, mechanicy. Słowem, ludzie potrzebni Niemcom. Mają oni możliwe warunki i przepustki na miasto. Niemcy dobrze wiedzą, że nikt z nich nie ucieknie, gdyż mają co jeść i dach nad głową i jakie takie poczucie bezpieczeństwa. Nie zamienią tego na życie tropionego zwierzęcia. Ja proszę, aby mojego męża przenieść do tej grupy.
— Jaki fach?
— Fach jest tu nie ważny, ale tam przypadkowo zapisany jest jako ślusarz.
— A potem?
— Potem zobaczymy — mówię głośno, a w duszy: wtedy będzie droga do ucieczki, a może lepiej, żeby nie uciekał. Może tu będzie bezpieczniej dlań.
Siedzimy przy stole w restauracji pana Sienkiewicza. Nagle uświadamiam sobie, że siedzę koło hien, morderców, którzy, gdyby wiedzieli, kim jestem, rzuciliby się na mnie i pobiliby się może obaj o taką zdobycz. Oszukuję ich.
W pewnej chwili tłumacz prosi mnie o dowody.
Boże! Czy ja ich oszukałam czy oni mnie? Byłaby to pułapka, może oni się mną bawili, aby teraz zawołać: „przejrzeliśmy cię, wiemy kim jesteś” albo po prostu: „czy wolno ci się starać o Żyda, nie wiesz, co za to grozi?”
Spokojnie wyjmuję dokumenty Inki i podaję je.