Szykuję dla nich paczkę żywnościową, dzielę nasze produkty na połowę itd. Biegnę szybko. Dom rodziców. Moi staruszkowie, jak zwykle, przy schronie, wymęczeni, bladzi, wystraszeni.

Boże mój, Boże, jak się zmienili! Całuję ich.

— Dziś będzie, podobno, spokój — mówię — mamusiu, chodźmy do mieszkania, pomogę ci coś ugotować, przecież wy głodujecie.

Idziemy na drugie piętro. Rozpalamy ogień.

— Po co tyle przyniosłaś, przecież to z uszczerbkiem dla was — strofują mnie.

— Ależ skąd, my mamy duże zapasy!

— Jak długo te łapanki potrwają? — pytają się.

— Już chyba niedługo — pocieszam ich.

— Tak się o ciebie, córuś, martwimy, czyś ty tam u siebie w bloku bezpieczna?

— Naturalnie.