— Jak u „Simona i Steckiego” — żartuje papa. — Jestem głodny — przyznaje się.

Urządzimy sobie prawdziwą ucztę: kartofle, kasza. Kartofle na gorąco, co za specjał!

Nagle: co to?

Blokada! Schodzić na podwórze!

Wyglądam przez okno. Niemcy, Litwini, milicja żydowska, rozbiegają się po domu, ściągają ludzi, już pukają do drzwi frontowych, za chwilę wyważą je.

Uciekajmy! Skryć się w mieszkaniu nie ma gdzie. Wybiegamy na schody kuchenne. Może dostaniemy się do schronu. Boże! Czemuż ich namówiłam na ten nieszczęsny obiad.

Na parterze łapie mnie dwóch milicjantów.

— Idźcie do schronu! — krzyknęłam rodzicom — błagam was, idźcie beze mnie!

Łapię milicjantów za ręce, nie wiem, skąd we mnie wzięła się taka siła, ciągnę ich obu z klatki schodowej na podwórze, zamykam przy tym drzwi, tak żeby nie dostrzegli schodzących do piwnicy.

Obaj są zaskoczeni.