— Co pani robi?
— Idę z wami, idę przecież! — krzyczę.
— No tak, a tamci? — pytają mnie.
— Nie wiem, nie wiem, dajcie spokój!
Przechodzą Niemcy. Jeden z nich, młody chłopak, zbliża się do mnie i bije mnie gumową pałką po głowie, plecach, karku. Nie boli mnie. Czy to możliwe, czy Bóg daje taką siłę człowiekowi, że nie czuje fizycznego bólu? Milicjanci odsuwają się ode mnie i zdjęci litością, przestają się interesować moimi rodzicami.
Ustawiają nas przed domem, po dziesięć osób w rzędzie.
Coraz to nowych ludzi wyciągają z ukrycia, bijąc ich. Ach, jak oni biją! Szczują psami, strzelają... Krzyk, jęk, wynieśli chorą kobietę. „Nie mogę chodzić” — żali się. „Zabij” — rozkazuje Litwinowi Niemiec. Po chwili huk. Kobieta leży martwa przed bramą.
Boże, żebyśmy już poszli stąd, żeby rodziców nie znaleźli, czy psy mogą ich tam wytropić?
Znów kogoś wyciągają z domu, wydaje mi się, że słyszę krzyk mojej matki... Nie, to nie ona, inną prowadzą.
Nareszcie ruszamy. Idziemy, okrążeni przez Niemców, Litwinów, naszą milicję.