— Porządek! — krzyczy Szeryński. — Pokażcie, że umiecie równo maszerować, trzymać rzędy!

Dziwne wymagania. Może powinniśmy śpiewać? Z piosenką na ustach na śmierć! Gdyby tak można było nas zorganizować, wtedy Brand dostałby dwa medale, a Szeryński życie i odznaczenie. Z jakiegoś auta wynoszą aparaty fotograficzne. Będą nas fotografować.

Uwaga! Przyjemny wyraz twarzy. Potem nasze zdjęcia umieszczą w gazecie, a pod nimi napis: „Tak wyglądała nienadająca się do niczego, a szkodliwa masa żydowska, zjadająca po 10 dkg chleba dziennie na osobę i ¼ kg powideł buraczano-brukwiowych na miesiąc”. A pod spodem umieszczą zdjęcie składu mydła albo użyźnionego pola i napis: „Oto masa owa po przetworzeniu: mydło pełnotłuste, nie erzac, doskonały nawóz”. Jak nas pożytecznie można przerobić! Szkoda tylko, że nie nadajemy się na benzynę.

Teraz Brand wysiada z auta i daje znak, kierujemy się na Umschlagplatz.

Z jakiegoś domu wybiega maleńki chłopczyna. Skandal! Jak „opracowano” kamienicę, jeżeli zostawiono małe dziecko!

— Brać! — krzyczy Brand a jego wyłupiaste oczy rzucają błyskawice.

Podbiega Żyd milicjant i z dzieckiem na ręku przechodzi obok Branda. Chłopczyk na widok błyszczących orderów na piersi Niemca, wyciąga rączki. Stoją tak przy sobie, twarz w twarz, Brand-kat i dziecko z rozwartymi ramionami i uśmiechniętą twarzyczką.

Na jedną sekundę oczy Branda i dziecka spotykają się, twarz Niemca zmienia się, łagodnieje. Czy dzikie bestie miewają przejawy ludzkości? Nie, zdawało mi się. Wielki likwidator nie zmienił wyrazu twarzy, skinął ręką — szybciej do szeregu.

Chłopczyk, jakby w przeczuciu śmierci, rozpłakał się, płacze głośno, rozpaczliwie. Chłopczyku! Idziesz na zagładę, jeszcze dziś na Umschlagplatzu zastrzelą cię albo wielki zbój, „specjalista od dzieci”, podniesie cię w górę, aby z siłą rzucić o asfalt, upadniesz martwy, a z główki wytryśnie ci mózg.

Tak, dziecko, nie zadadzą sobie trudu, aby zawieźć cię do gazowni. Idziemy. Szloch, jęki. „Zostawiłam moje dzieci, gdzie mój mąż, moja żona! Już swoich nigdy nie zobaczę!”.