A ja nie płaczę, czy możliwe, czy to już koniec?

Nie oczekuję żadnej pomocy. W szeregach szeptają9, że idziemy prosto do pociągów, żadnej segregacji nie będzie.

Jureczku! Kiedy przyjdziesz do domu, będę już daleko, daleko. Czy chciałabym, aby Jurek był ze mną, ach nie, nie, lepiej umierać ze świadomością, że moi najdrożsi żyją.

Jakaś młoda, ładna dziewczyna obok mnie płacze. „Tak chcę żyć, tak chcę żyć! Strasznie pomyśleć, że umrę i nic po mnie nie zostanie”.

Nie płacz, ładna panienko, zrobią z ciebie różowe pachnące mydełko, albo w miejscu, gdzie tobą użyźnią ziemię, wyrośnie różyczka, nic przecież w oszczędnym narodzie niemieckim nie ginie.

Maszerujemy, ach, żeby tak oprzeć się, nie iść — zbuntować się. Jest nas dużo, ale czym bić się, jak oprzeć się im?

Oni mają broń, oni są silni, a my słabi, głodni, wymęczeni strasznymi przejściami. Jak bronić się? Rzucić się na nich z pięściami — pewna śmierć, a tam, tam, może będzie segregacja, może jeszcze tym razem zwolnią?

Wchodzimy na Umschlagplatz. Jest to plac, z którego odchodzą pociągi w zaświaty, pierwszy i jedyny taki plac na całym świecie.

Stoimy w szeregach. Dzieci, chorych i starców przeważnie odrazu zabijają.

Niemcy są humanitarni, dla starych mają wyrozumienie, po co ich męczyć podróżą?