Z okna jednego z domów, wychodzących na Umschlag, żołnierze wyrzucają ludzi, jakąś kobietę z dzieckiem na ręku, a teraz młodego mężczyznę. Niech się chłopcy bawią, jeżeli im to sprawia przyjemność, czemu im bronić?

— Co za głupota — jęknął blisko mnie stojący Niemiec. — Wyrzucili przez okna Żyda w butach, trzeba było mu je wpierw zdjąć, z trupa będzie trudniej.

Deszcz zaczyna padać, brrr, zimno, zachoruję — jak to człowiekowi zdaje się, że zawsze będzie żyć. Jeżeli nawet przeziębię się, to już nie będę chorować.

Jest późno — czemu tak stoimy?

Szmer. Ostatnie grupy poszły do wagonów, załadowane pociągi odeszły.

Oddychamy z ulgą. Noc życia, a jutro rano przyjdą drugie pociągi, puste — po nowy towar.

Ktoś przejeżdża kilka razy na rowerze obok naszej grupy.

— Jurek! Skąd ty tu?

— Po prostu dowiedziałem się — szepcze — że była blokada u twoich rodziców, pojechałem dowiedzieć się co u nich i od nich dowiedziałem się o tobie. Wybłagałem od Hoffmanna przepustkę, przyjechałem tu i dowiaduję się, że cały prawie transport odesłany, pozostała tylko mała grupa, która się już nie mogła zmieścić w wagonie. Straciłem już nadzieję. A ty tu!

Podchodzą Niemcy.