— Odejdź, Jurek!

— Nie bój się — krzyczy z daleka — jeżeli cię wezmą, pojadę z tobą.

— Nie, nie, nie! — wołam za nim.

Zapada noc. Jurek dostarcza mi bochenek chleba i butelkę wody. Dzielę się z najbliżej stojącymi towarzyszami niedoli.

Rozlega się śpiew, dziwna melodia!

Patrzę i oczom swoim nie wierzę: Żydzi wyjmują tałesy, (z którymi się nie rozłączają) i tak w białych szatach modlą się, pochylają skatowane plecy, wyciągają błagalnie ręce.

Dziś jest Sądny Dzień10.

Czy może być coś bardziej makabrycznego? Ciemno, deszcz, jęki, białe postacie, chóralna modlitwa, śpiew przy akompaniamencie strzałów, Jehowo, popatrz na swe dzieci, wołamy cię! Czy widzisz nasze męki? Ty wielki, potężny Boże! Wywiodłeś nas z ziemi faraonów, na których rzuciłeś klątwę, pomściłeś nas dziesięcioma plagami, żywiłeś nas manną. Ty, Ty Wszechmocny, dokonaj i teraz cudu, oswobodź nas, ukarz naszych tyranów!

Nagle, co to? Warkot aeroplanów, jasność rakiety samolotowej, huk bomb! Nalot!

Rosyjskie samoloty bombardują Warszawę, pierwszy u nas nalot sowiecki11!