Ach, żeby bomba trafiła w ten przeklęty Umschlag!
Niemcy bohatersko powłazili w dziury, ale na straży postawili Litwinów, którzy strzelają bez przerwy z obawy, by ktoś nie uciekł.
Modlitwa nie ustaje, przeciwnie, błagania wzmogły się, ręce wyciągają się coraz wyżej, a plecy pochylają się nisko, nisko. Może to objawienie boskie, może to znak, że o nas nie zapomniano, że sprawiedliwość upomni się o swoje prawa, że my, opuszczeni i słabi, zamknięci w klatce, nie jesteśmy sami i chociaż zginiemy, zginiemy z myślą, że zostaniemy pomszczeni. Błogosławiony nalot!
Świta. Po nocy czuję się chora. Ucho spuchło mi jak bania. Męka oczekiwania na śmierć. W wyobraźni widzę, siebie duszącą się w komorze, widzę się w przedśmiertnych drgawkach, brrr... Żeby tylko Jurek ze mną nie pojechał. Na placu zjawił się diabeł: Schmerling — gospodarz Umschlagu.
— Będzie segregacja — oświadcza.
Ustawiają nas dwójkami, a potem pojedynczo.
Wyjmujemy dokumenty. Młody jeszcze Niemiec o twarzy buldoga sprawdza je. Sprawdza? Ledwie okiem rzuci, popatrzy tylko na ofiarę. Według swego widzimisię. Na lewo — śmierć, na prawo — życie.
Podchodzimy kolejno.
Od niego wszystko zależy, jeszcze chwila. Jak głośno bije serce, z daleka patrzy na mnie Jurek, jaki on blady.
Chcę się do niego uśmiechnąć, ale tylko krzywię się. Zagryzam usta do krwi, żeby się nie rozpłakać. Już moja kolej. Podaję przyszykowane papiery. Twarz buldoga. Oczy świni mierzą mnie od stóp do głów. „Wolna”. Przechodzę na prawą stronę. Czekam jeszcze na innych „wolnych”, aby grupą wrócić do getta.