Za bramą łączę się z Jurkiem. Całujemy się.

— Jesteś cudem ocalona.

— Ocalona? Nie, dostałam tylko małe odroczenie, a wyrok śmierci noszę w kieszeni.

Joasia

Dostałam teraz w spadku dziecko — małą Joasię, córeczkę kuzyna, który jest w Rosji, a żona jego zginęła w „kotle”. Joasia została ze znajomymi w kryjówce i ocalała. Dziewczynka ma osiem lat i rozum starego człowieka. Czujna na najmniejszy szelest, momentalnie gotowa jest do ukrycia się w schronie. Biegnąc, ciągnie mnie za rękę: „blokada, chodź”.

Nasz schron to zamaskowane wgłębienie w ścianie, które przypadkiem znaleźliśmy w mieszkaniu. Byli lokatorzy przebudowali go, ale długo się nim widocznie nie cieszyli, albo wysiedlono ich, szykując dom na mieszkanie dla Hofmana12, albo wzięli ich na Umschlag.

Mieszkanie ze schronem ma kolosalną wartość.

Pewnego dnia, kiedy siedzimy w schronie przytulone do siebie, a ja myślę o Jurku, który jest na dole, Joasia wyrywa mi się.

— Zostawiłaś — szepcze — garnek na ogniu, jak przyjdą, od razu zrozumieją, że tu ktoś był i będą bardziej szukać.

— Zostań — mówię — trudno.