— Nie, nie, zostań, ja pójdę! — woła Joasia — ty musisz zostać, ty masz Jurka, zresztą, ja jestem mała, prędzej wyskoczę i wskoczę — wyrwała mi się z rąk i wyszła ze schowka, aby po długiej jak wieczność chwili wrócić.
Słyszymy teraz jak wchodzą do mieszkania, ciężkie przesuwanie mebli. Zadrżała ścianka naszej norki, staramy się nie oddychać. Dostaję mdłości, zatykam usta, Joasia cichutko kładzie się swoim ciałkiem na moją głowę. Słyszymy strzały. Strzelają w naszym pokoju. Każdy strzał, zdawałoby się, trafia w głowę. Teraz ciszej, a potem rozmowa. Niemcy prawdopodobnie wybrali nasz pokój, aby dzielić się tu swym łupem. Słyszymy brzęk monet na stole i targi o pieniądze. Ktoś oparł się o naszą ściankę. Ugięła się lekko. Koniec. Małe rączki Joasi zaciskają się na czole.
A potem słyszymy szurania butami. Żołnierze wychodzą. Drzwi trzasnęły. Siedzimy cicho — jedni poszli, ale drudzy mogą przyjść.
Po pewnym czasie znów kroki, ktoś biegnie:
— Ema! — Głos Jurka.
Otwieramy kryjówkę.
— Moja, moja mała! Dopiero co przyjechałem. Już po blokadzie. Znów połowę zabrali — mówili mi, że tu u was strzelano, zanim was znalazłem, myślałem, że oszaleję. Ta skrytka jest taka marna.
Wieczorem Jurek przynosi zawsze coś do jedzenia. Wypakowuję mały chlebek, kapustę, kilka pomidorów, kalafior, chleb i jajko, prawdziwe kurze jajko. Zaraz zrobimy ogień z porąbanych mebli. Kapustę jemy trzy razy dziennie, bo to można dostać, więc gotujemy ją z solą z dodatkiem sacharyny.
Na deser dostajemy po kawałeczku chleba z pomidorem.
— Kalafior, to podarunek od „żółwia” dla ciebie — mówi Jurek. — On też pracuje w aprowizacji, dostali kalafiory.