Gotuję kapustę, myśląc, co można z niej jeszcze wykombinować. Żeby był tłuszcz, miałaby inny smak. Ale cóż — mam w swoim gospodarstwie wodę, sól, kapustę i sacharynę i nic innego zrobić nie mogę. Po dawnych lokatorach zostało w słoiku nieco kakao. Dzielę kakao na pół, połowa dla rodziców, a połowa dla nas. Tego wieczora mamy bal: kapusta, kalafior i kartofle.

— Gdybym nie wiedziała, że to kalafior — mówi Joasia — to bym nigdy nie pomyślała...

— Żeby tego było więcej — dodaje Jurek — ale jeszcze nie poczułem smaku, a tu już talerz pusty. Żartuje — a mnie serce kraje się w kawałki.

Chłopak cały dzień na wozie, ugania się, a wieczorem nie ma co jeść. Jak on wychudł, zmarniał, nie ten sam człowiek.

Gotuję kakao na wodzie z sacharyną i podaję deser. Jaka pyszna czekolada! Postanawiam ugotować mój ostatni zapas: pół pudełka sago13. Jurek kiedyś przyniósł. Połowę dałam ojcu. Gotuję sago i niespodziewanie zanoszę im. Ach, jak się cieszą! Wylewam na sewrskie talerze, ale starczy tylko dla dwóch osób.

— A dla ciebie? — pyta Jurek.

— Ach, ja już jadłam tam, w kuchni — kłamię.

— Na pewno?

— Na pewno.

— To nic, jedz z nami!