— Nie, nie — wołam — ja się na to sago już patrzeć nie mogę! — uciekłam do kuchni. Poczułam taki straszny, okropny głód, tak bardzo chciałam zjeść sago, poczuć w ustach coś, co nie przypomina kartofli, co nie ma nic wspólnego z kapustą i sacharyną. Musiałam uciec od widoku talerza z dymiącą, białą potrawą.
Znów mdli mnie. Wchodzi Jurek.
— Niedobrze ci? Nudzi cię, coś zjadłaś?
— Co zjadłam? Cóż mogłam zjeść, co my mamy do jedzenia?
I nagle roześmieliśmy się oboje strasznym śmiechem.
Joasia sprząta sewrską porcelanę i teraz rozlewamy w japońskie filiżanki kakao z sacharyną. Japońskie damy na porcelanie wysoko podnoszą brewki — do takiego napoju jak ten jeszcze nie przywykły.
— Bal! — cieszy się Joasia. — Ile u nas było dań! — liczy na paluszkach.
Pewnego rana Joasia znajduje u siebie w kieszonce sukienki dwa cukierki. Biegnie do mnie uradowana.
— Skąd to masz, Joasiu?
— To na pewno Jurek, widziałam przez sen, jak coś majstrował przy krzesełku, na którym leżała sukienka!