O, biedna Joasia, ostatnie jej przyjęcie.
O szarej godzinie, kiedy czekamy na Jurka, Joasia przytulona do mnie zwierza mi się:
— Ja myślę, że mamusia już nic nie czuje, bo zabici nic nie czują.
— Dlaczego tak mówisz, Joasiu, może mamusia żyje.
— Nie, przecież sama wiesz, że nie. Ja dawniej myślałam, że jest drugi świat, a teraz wiem, że tam nic nie ma. Bo gorzej niż tu być nie może, więc każdy by chciał umrzeć, żeby zmienić sobie jakoś życie, a jeżeli wie, że tam nic nie ma, to strasznie pomyśleć, że wszystko się kończy.
— Joasiu, kochana, nie myśl o tym, zobaczysz, wojna skończy się, tatuś przyjedzie.
Ale Joasia kiwa główką.
— Nie, ja nie doczekam tego. Będzie ze mną tak, jak ze wszystkimi naszymi dziećmi...
Joasia ma silną gorączkę — majaczy. O piętro niżej mieszka lekarz — schodzę do niego. Zastaję go czytającego na głos Sen nocy letniej Szekspira. Żona słucha.
Ręka trzymająca książkę, drży. Żona ma twarz bladą, jakby skamieniałą. Zabrano mu dziś ostatniego brata, jej dziś zabito matkę.