Proszę, aby zaszedł do Joasi, a wychodząc, myślę — właściwie nic takiego nie myślę — gdybym zastała ich gimnastykujących się albo tańczących, albo śpiewających, też bym się nie dziwiła. Czytają wiersze. Nic dziwnego, bo jak właściwie człowiek powinien reagować na taką mękę, na tygodnie, miesiące najstraszniejszego czekania na śmierć swoją i swoich najbliższych, jak powinien reagować na to, że dzień po dniu — wyrywają mu serce kawałami, jak wypijają mu krew. Żaden płacz, żaden krzyk nie może być wyrazem tych cierpień. Przeciwnie. Płacz razi u człowieka tak cierpiącego. Wydaje się, że jeżeli ktoś może jeszcze płaczem wyrazić cierpienie, to znaczy, że ból jego jest do wytrzymania — wypowiedzenia.
Mijają dwa dni, a Jurek nie przynosi mi żadnego listu od rodziców. Wobec tego, że nie mogę mu nigdy wierzyć, czy był u rodziców i czy ich zastał żywych, więc za każdym razem przynosi od nich karteczkę. Teraz kręci.
— Późno było, nie mieli czym pisać w schronie, przysięgam ci, że żyją.
Ale ja mu nie wierzę.
W końcu Jurek złości się.
— Już sił nie mam, czego chcesz, widzisz, że ledwo żyję. Po całym dniu jeszcze leć do twoich rodziców, do matki, leć w strzelaninę, a potem zanim już wrócę do domu, szaleję sto razy, czy ciebie zastanę!
Daje mu spokój, ale następnego dnia przed wieczorem, kiedy na mieście jest nieco spokojniej, postanawiam iść do rodziców. Muszę przekonać się, czy żyją.
— Joasiu, ty na wszelki wypadek idź do kryjówki, pewnie blokady nie będzie, ale lepiej być uważną.
Joasia tuli się do mnie.
— Nie chodź, mogą cię złapać. Na ulicy tak niebezpiecznie.