— Muszę, Joasiu, muszę...

— Tak — mówi mała — jeżeli ja mogłabym zobaczyć moją mamusię i mojego tatusia, to też bym poszła przez piekło...

Rozglądam się. Przechodzę placówki, lecę przez opustoszałe ulice. Co pewien czas, kiedy z daleka widzę Niemców, chowam się we wnękach bram, albo za róg domu. Strzelanina. Kula przeszła mi ponad głową, druga trafiła w okno. Szyba z łoskotem spadła tuż obok.

Potem znów cicho i znów biegnę. Wreszcie jestem na miejscu. Schron pusty. Biegnę do mieszkania — cicho. Stukam pięściami — cicho — wtedy nieprzytomna, walę głową o drzwi i ryczę: — Mamo, mamo! — a oto szelest — ktoś otwiera drzwi zamknięte na sztabę. We drzwiach ojciec, a za nim matka. Moi, moi, moi!

— Zaryglowaliśmy, dopiero co przyszliśmy ze schronu, wolimy, żeby front był zamknięty, uciekać lepiej kuchnią!

Ściskam ich bez końca.

— Ale pani ma głos! — żartują mieszkańcy. — Tak pani przeraźliwie krzyczała, żeśmy zamarli ze strachu.

Okazuje się, że Jurek nie skłamał, co dzień przyjeżdża wieczorem i zawsze coś przynosi do zjedzenia. Jaki on dobry, dobry.

Znów ciężka droga do domu. Nareszcie u mety — przed bramą czeka Jurek. Jestem przygotowana na jego wymówki, że wychodzę poza teren szopu, ale on nic nie mówi, obejmuje mnie i całuje.

— Byłam u rodziców.