Idziemy na schody. Czuję, jak ręka Jurka, którą mnie obejmuje, drży.
— Co się stało? — pytam. — Twoja matka, Zosia?
— Żyją — mówi Jurek.
— Więc co się stać mogło?
— Joasia...
Jurek nie odpowiada. Wyrywam mu się i biegnę do mieszkania.
Schron otwarty. Na podłodze jeden mały bucik. Spadł z nóżki, gdy ją wyciągali. Tulę do siebie mały, przydeptany bucik. Joasiu, moja maleńka — jak się broniłaś, jak patrzyłaś na nich swoimi przerażonymi oczyma. Byłaś sama, zupełnie sama w tym ostatnim momencie.
Podchodzi Jurek.
— Przestań — prosi.
Podnoszę głowę i widzę, widzę jak płyną mu łzy po twarzy. Od czterech lat pierwszy raz widzę, jak płacze.