— Jestem głodny — mówi Jurek.
W woreczku mam chleb, kilka kostek cukru i sacharynę. Sacharyna wysypała się i oblepiła chleb. Bierzemy chleb do ust, ale nie możemy przełknąć, jest mdląco-słodko-gorzki. Dostaję nerwowych kurczów żołądkowych.
— Weź luminal.
— Nie mam. Oddałam go.
— Jak mogłaś, przecież wiesz o swoich atakach?
Leżę skurczona i wymiotuję ślinę.
W pokoju duszno, gwar, krzyk, płacz. Jurek przytrzymuje mi głowę.
— Powinienem iść dowiedzieć się, co na mieście.
— Ach, nie chodź — proszę.
— Muszę, Emciu, przecież trzeba się starać jakoś wyjść z tego piekła.